The best of 2024
Tradycyjnie na początku stycznia postanowiłem podsumować sobie wszystkie gry poznane w ubiegłym roku. W 2024 udało się złamać granicę 100 nowości, choć wcale nie tak wiele z nich zrobiło naprawdę dobre wrażenie. Co najmniej kilka warto jednak wyróżnić.
2024 rok był dla mnie rekordowy pod wieloma względami, ale też przyniósł niemało rozczarowań. Dość powiedzieć, że było mi trudniej niż kiedykolwiek wybrać top 9 nowości. Prawdopodobnie wynika to z pewnego zmęczenia materiału i przesytu średniakami, co nie znaczy jednak, że nie cieszyło mnie granie. Dużo czasu poświęciłem na moje ulubione karcianki – czy to online (Gra o Tron LCG), solo (Władca Pierścieni LCG) czy turniejowo (świeżo poznana Lorcana). Znalazł się jednak czas na sporo mniejszych i większych nowości, również spoza moich tradycyjnych zainteresowań. Z pewnością pomogły w tym wizyty na kilku konwentach (m.in. po raz pierwszy na Pyrkonie) oraz w planszówkowych knajpach (przede wszystkim warszawskim Kawadzieścia, dawniej znanej jako podWieczorki poRanki).
Zasady
Żeby jednak zbędnie nie przedłużać, przypomnę format, w jakim publikuję swoje podsumowania. Pierwsza kategoria to top 9 – czyli po prostu najbardziej lubiane przez mnie gry, które odkryłem w zeszłym roku. Żeby pokazać to na liczbach, każda z tych gier to dla mnie CO NAJMNIEJ 8/10 w skali BGG. Druga dziewiątka to inne tytuły, które z takich czy innych powodów uznałem za zasługujące na wyróżnienie. Zazwyczaj oceniłem je na ok. 7-7.5 i bywa, że ich „problemem” jest jedynie to, że przegrały rywalizację z innymi grami z podobnej kategorii. Trzecia kategoria z kolei obejmuje gry, które z jakiegoś powodu wywarły na mnie duże wrażenie, ALE zagrałem w nie tylko raz (!) – w związku z tym nie mogę ich z czystym sumieniem zakwalifikować wyżej. Choć tradycyjnie tę kategorię nazwałem „ja chcę jeszcze raz!”, prawda jest taka, że część z nich może już nigdy nie wrócić na mój stół. Pozostaną we wdzięcznej pamięci i dlatego chciałem je wyróżnić, ale opinie na ich temat to co najwyżej pierwsze wrażenia. Zastrzegłem również gwiazdką* tytuły, które zostały wydane przez Lucky Duck Games Polska. Choć sam nie pracuję w „polskiej” części wydawnictwa, jesteśmy jednak jedną firmą i dla przejrzystości wolę to zaznaczyć. NIE ZNACZY TO, że żadnej innej gry z poniższej listy LDG nie wyda w Polsce lub innym kraju – ale na pewno nie wiedziałem o tym, grając w nie.
A zatem, zapraszam na:
Top 9 gier poznanych w 2024
9. Ostoja
O Ostoi przed premierą słyszałem bardzo mało, oprócz tego, że będzie to kolejny ładny abstrakt logiczny. Pierwsze opinie były jednak na tyle dobre, że szybko zaopatrzyłem się we własny egzemplarz. Mało tego, mimo że hype i kurz nieco opadł, gra wciąż stoi na mojej półce. Ostoja to prosta w zasadach, ale sprytna gierka, przy której ciężko uciec od porównań do Kaskadii. Tu również draftujemy zestawy komponentów, z których konstruujemy własny obszar gry i osiedlamy różne zwierzęta. Również punktacja przebiega dwutorowo: za tereny oraz za karty zadań. W praktyce jednak Ostoja jest ciaśniejsza i mniej wybaczająca błędy, przez co zdecydowanie bliżej jej do Calico. Jednocześnie układanie konstrukcji w trójwymiarze jest wyzwaniem samym w sobie. Uczciwie musze przyznać, że po początkowym zachwycie mój entuzjazm NIECO opadł, bo gra jest mocno powtarzalna – ale powiedzmy sobie szczerze, to bardziej cecha gatunku, a nie wada. Tak czy inaczej, jest to bardzo solidna pozycja – i to nie tylko moja opinia. Ostoja zajmuje obecnie 130 miejsce w rankingu BGG z rewelacyjną średnią ocen przekraczającą 8/10.
8. Zwierzęta z Baker Street
Na temat Zwierząt z Baker Street rozpisałem się już niemal rok temu na łamach bloga. I choć mój egzemplarz poszedł dawno w świat, a ja nie zagrałem już ani razu od lutego, wynika to wyłącznie ze specyfiki gry. Jest to znakomita familijna pozycja, świetnie wprowadzająca do narracyjnych gier detektywistycznych. Ciekawe (choć z perspektywy dorosłego prościutkie) zagadki, dobrze napisane teksty, barwne postaci – jestem pod ogromnym wrażeniem. Sam maczając palce w grze dla podobnego odbiorcy (Toriki) chciałbym, żeby ludzie bawili się przy niej tak dobrze, jak ja przy Zwierzętach z Baker Street. Świetny tytuł z portfolio Lucrum Games, który polecam każdej rodzinie z dziećmi w wieku podstawówkowym.
7. Horrified
Zawsze lubiłem kooperacje pokroju Pandemica, zwłaszcza elegancko zaprojektowane. Horrified okazał się być jednym z najprostszych (pod kątem zasad) przedstawicieli gatunku, co uważam za ogromną zaletę. Dosłownie kilka zasad na krzyż, lekka wariancja w postaci zróżnicowanych przeciwników, odpowiedni balans trudności – w Horrified wszystko się zgadza. Pomaga w tym też temat – walczymy z potworami z klasycznych horrorów, starając się przy okazji ratować zbłąkanych mieszkańców. Nie mam poczucia, że Horrified rewolucjonizuje gatunek i nie powiedziałbym jednoznacznie, że jest lepsze od np. Pandemica, Roll Camera czy Ognistego Podmuchu. Z uwagi jednak na bardzo niski próg wejścia i atrakcyjny temat jest to dla mnie obecnie „domyślny” tytuł do polecenia na pierwszą kooperację.
6. Free Ride
Chyba najbardziej egzotyczna gra w moim ścisłym topie, choć przecież od znanego i uznanego Friedemanna Friese. Free Ride to jego wariacja na temat Wsiąść do Pociągu i to zaskakująco świeża. Zasady są w zasadzie niemal równie proste, a jednocześnie poziom interakcji i poczucie satysfakcji znacznie wyższe. We Free Ride nie tylko budujemy trasy, ale również przemieszczamy się, realizując bilety. Ciekawymi twistami jest natomiast możliwość korzystania z „cudzych” tras (nie za darmo!) oraz system zadań, które każda rozgrywka generuje na nowo. Dzięki temu gra jest dla mnie bardziej „gamerska” i mniej zeskryptowana, niż Wsiąść do Pociągu. Dodatkowo zawiera również bardzo sprytny, relaksujący tryb solo. Niestety mam też do Free Ride bardzo poważny zarzut – jak wszystkie gry od 2F-Spiele, jest niespecjalnie piękna i co gorsze, mało czytelna. Na szczęście ten problem częściowo rozwiązuje tegoroczna, nowa odsłona serii – Free Ride: USA.
5. Abyss
Brązowy Szpadel dla mnie za odkopanie tej znakomitej gry dopiero 10 lat po premierze. Nigdy wcześniej nie miałem specjalnej ochoty sięgnąć po Abyss, głównie dlatego, że kojarzyła mi się wyłącznie jako „ta gra z perłami”. Brzmiało mi to na kolejne porządne (co najwyżej) euro z maszynki do generowania euro z dziwnym komponentem zamiast oryginalnej mechaniki. Tymczasem Abyss to bardzo przyjemna i przesycona interakcją gra, dość lekka, ale niezwykle satysfakcjonująca. Bardzo fajnie działa tutaj element push-your-luck, kiedy wyruszamy na łowy. Gra jest szybka, w zasadzie pozbawiona przestojów, emocjonująca i ładnie wygląda na stole. Abyss kupiłem od razu w pakiecie z Krakenem i Lewiatanem i po kilku partiach powoli dojrzewam do wprowadzenia jednego bądź obu dodatków. Gorąco polecam, bo grę można wyrwać za śmieszne pieniądze, a bardzo dobrze się starzeje. Zastrzegam przy tym – grałem wyłącznie w 3 i 4 osoby, bo WYDAJE MI SIĘ, że na 2 sporo traci.
4. Halo Wieża*
Do Halo Wieża mam mocno emocjonalny stosunek. Było to moje najlepsze odkrycie początku roku – bardzo tematyczna (!) kooperacyjna dwuosobówka z wieloma scenariuszami o rosnącym poziomie trudności. Na tym etapie mogę się już chyba przyznać, że choć Halo Wieżę miałem na Essenowej wishliście w 2023 roku, ostatecznie jej nie kupiłem, bo tuż przed Essen dostałem cynk, że zostanie wydana przez Lucky Duck Games Polska. Jak się okazało w styczniu, nie tylko mogłem pożyczyć i ograć z żoną firmowy egzemplarz, ale też dostałem opcję zrobienia promki z lądowaniem kapitana Wrony na warszawskim Okęciu. Były z nią (niestety) później różne zawirowania, ale mechanicznie jestem z niej raczej zadowolony. A do samego Halo Wieża wracałem jeszcze kilkukrotnie z różnymi osobami i wszyscy bardzo doceniali ten oryginalny i świeży design. O ile bowiem (z wyjątkiem niektórych scenariuszy) nie ma tu presji czasu, dzięki ograniczeniom w komunikacji gra naprawdę zachęca do wspólnego planowania i kooperacji. W trudniejszych scenariuszach wymaga też dużej precyzji i nie wybacza błędów. Gorąco polecam!
3. Hansa Teutonica
Srebrny Szpadel z kolei należy się za odkrycie WSPANIAŁEGO staroszkolnego euro, jakim jest Hansa Teutonica. Mimo odnowienia w ramach big boxa gra dalej jest brzydka jak nieszczęście i prawdopodobnie odstrasza wielu potencjalnych odbiorców, ale jest to esencja niemieckiego designu w najlepszym tego słowa znaczeniu. W Hansie Teutonice rozbudowujemy sieć połączeń na mapie średniowiecznych Niemiec, rozpychając się łokciami i nawzajem wyrzucając z najatrakcyjniejszych tras. Jeśli natomiast dla kogoś euro kojarzy się z niskim poziomem interakcji, to tu go nie uświadczy. Gra jest jednym wielkim przeciąganiem liny, tym lepszym, im więcej graczy mamy przy stole. Jednocześnie jest bardzo taktyczna i wymaga ciągłego adaptowania się do ruchów przeciwników. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie ma tu jednoznacznie negatywnej interakcji – za każdą naszą wypchniętą kostkę dostajemy aż dwie na sąsiadujących trasach. Dzięki temu choć Hansa Teutonica zdecydowanie NIE JEST kooperacją, to w pewnym sensie wymusza „pomaganie” sobie nawzajem. Niemal zerowa losowość, bardzo proste podstawowe zasady, silna interakcja – jest to gra z coraz rzadziej spotykanego gatunku. Nawet absolutnie pretekstowy temat nie przeszkadza przy tak znakomitej mechanice. Warto wracać do Hansy Teutonici, bo to doskonały przedstawiciel złotej epoki niemieckich eurogier.
2. Disney Lorcana
Jakkolwiek rozumiem, że do Lorcany można mieć sporo zarzutów, tak nie mogłem umieścić jej niżej w swoim rankingu. Rozegrałem w nią w 2024 roku zdecydowanie najwięcej partii i zacząłem znowu chodzić na turnieje po tym, jak „umarła” karciana Gra o Tron. Co więcej, Lorcana przypomina mi wszystko to, co tak lubiłem w Magic: The Gathering, jednocześnie poprawiając kilka jego wad. Choć trzon rozgrywki jest bardzo podobny, to w odróżnieniu od Magica nie ma tu „landów”, ale 80% kart można (i czasem trzeba) przeznaczyć na atrament, którym płacimy za zagrywanie innych kart. Dzięki temu (oraz częściowemu mulliganowi) w dużej mierze kontrolowana jest losowość na starcie gry. Obecnie, po premierze już 6 setów, Lorcana jest ugruntowaną karcianką z kilkoma sensownymi archetypami turniejowymi, ale można w nią spokojnie grać także w zaciszu domowym. Ba, powstał nawet oficjalny wariant kooperacyjny, który choć ciut zbyt losowy na mój gust, wart jest odnotowania. A przede wszystkim – nie wstydzę się przyznać, że jestem wychowany na Disneyu i uwielbiam te grafiki. BYĆ MOŻE gdybym najpierw poznał Star Wars: Unlimited moja karciankowa droga w 2024 potoczyłaby się inaczej, ale wyszło jak wyszło. Disney Lorcana dostarczyła mi wielu godzin świetnej zabawy (również przy składaniu talii), a ze względu na jej przystępność, mogłem w nią zagrać również np. z żoną, a nie tylko na turniejach. Jest to droga zabawa – zwłaszcza, że mam potrzebę zbierania kompletnych playsetów – ale nie żałuję.
1. Ra
Pierwsze miejsce i Złoty Szpadel dla najstarszej gry w tym zestawieniu, czyli po prostu Ra. Zagrałem z swoim życiu w kilkadziesiąt gier Reinera Knizii, jednak obecnie mogę dość bezpiecznie stwierdzić, że Ra zajmuje wśród nich niepodzielnie pierwsze miejsce. Mój zachwyt był na tyle duży, że z bólem serca rozstałem się z chwalonym rok temu Modern Art. Jako gra licytacyjna z elementem push-your-luck Ra idealnie trafia w mój gust, oferując gęstą i emocjonującą rozgrywkę zamkniętą w bardzo prostych regułach i krótkim czasie. Co dość niezwykłe, działa świetnie nawet na 2 osoby, ale jeszcze lepiej bawię się w 3, 4 i 5. Jako że polska edycja widnieje już na horyzoncie, czekam na nią z utęsknieniem i trafi na moją półkę w pierwszym możliwym terminie. Ra się ani trochę nie zestarzało, dzięki nowemu wydaniu wygląda świetnie i z mojej perspektywy podsumowuje w najlepszy sposób doskonałą licytacyjną serię Knizii. Jedyna wystawiona w 2024 roku ocena 9/10, a i to dlatego, że mimo wszystko do ścisłego topu moich gier nie dobiła. Nie mam jednak ani jednego konkretnego zarzutu – Ra jest doskonałą rozrywką, którą polecam sprawdzić nawet osobom, które ostrożnie podchodzą do licytacji.
A, i jak zawsze powtarzam – losowanie z woreczka to najlepsze, co może być w planszówce, nie zapraszam do dyskusji.
Wyróżnienia (alfabetycznie)
First Rat
W zasadzie zamiast First Rat mógłbym pisać o Pierwszym Szczurze w kosmosie, bo pod takim tytułem wkrótce grę wyda Nasza Księgarnia. Jest to lekkie wyścigowe euro, w którym kierujemy grupą szczurów, starających się dolecieć na rakiecie ze śmieci na księżyc z sera. Uroczy temat, choć opakowany w przeciętne grafiki, skrywa bardzo przyjemne mechanizmy. Mamy tu rodzaj rondla/mechanizmu zapadkowego (mamy sporą dowolność w przesuwaniu naszych szczurów po torze, ale kosztem omijania części ciekawych pól) i sporo możliwości punktowania. Przy większej liczbie graczy istotny jest tez aspekt blokowania pól – zawsze można dołączyć do innego szczura, ale trzeba wówczas płacić jego właścicielowi. Zagrałem w Pierwszego Szczura kilka razy i puściłem dalej, ale nie wykluczam, że trafi do mnie polska wersja. Jest to szybka, lekka, ale niebanalna gra o wdzięcznym temacie i satysfakcjonującej rozgrywce. Nie odmówię, gdy ktoś mnie zaprosi na partyjkę.
Grand Austria Hotel
Świetne kościane euro, które nie znalazło się w moim rankingu wyżej wyłącznie z powodu konkurencji. Z tria Grand Austria Hotel – Marco Polo – Lorenzo il Magnifico zostawiłem sobie tylko ten trzeci tytuł, zwłaszcza że do pewnego stopnia tę samą półkę okupuje u mnie Karczma pod Pękatym Kuflem z dodatkiem. Nie o gruszkach tu jednak prawmy, a o Bohunie. GAH zawiera elementy draftu kości i rozbudowy swojego hotelowego tableau, ale każdorazowo wymaga dostosowania się do wylosowanych na daną rozgrywkę celów. I choć w swojej istocie jest to kolejna wariacja na temat przerabiania zasobów w punkciki, jest ona zrobiona nad wyraz dobrze. Szczególnie zwraca uwagę sprytny system draftu kości, gdzie moc akcji zależy od ich liczby. GAH nieźle się skaluje, oferuje sporą regrywalność dzięki startowym pomocnikom, a przede wszystkim po rozgrywce pozostawia satysfakcję z dobrze wykonanego zadania – nawet jeżeli nasz hotel przegrywa z konkurencją. Bardzo solidne euro, w które z przyjemnością jeszcze zagram. Nie dziwi mnie jego wysoka pozycja w rankingu BGG.
Kelp: Shark vs Octopus
Jedyna gra z kategorii „wyróżnień”, którą oceniłem na wysokie 8/10 na BGG. Nie znalazła się jednak w ścisłym topie, bo czuję, że grałem w nią jeszcze za mało i ocena może ulec zmianie (w obie strony). Kelp to asymetryczna dwuosobówka w duchu Mr Jacka. Jeden z graczy kieruje ośmiornicą i stara się spełnić swój cel, unikając „złapania” przez sterowanego przez przeciwnika rekina. Gameplayowo obie strony bardzo się różnią i pierwsze partie raczej należy przeznaczyć na poznawanie systemu. Gdy się go jednak załapie, gra jest ciekawa i pełna trudnych wyborów, zachowując przy tym relatywnie krótki czas rozgrywki. Wersja deluxe była wyceniona na absolutnie horrendalną kwotę, ale liczę na to, że któryś polski wydawca skusi się na wydanie gry w sensownej cenie. Dla fanów dedukcji oraz asymetrycznych, oryginalnych osobówek typu Raptor czy Mr Jack pozycja obowiązkowa.
Kronologic: Paris 1920
Chyba najlepszy zakup ze skądinąd dość przeciętnego pod tym względem Essen. Kronologic: Paris 1920 to gra autorów Maszyny Turinga i widać, że jest to do pewnego stopnia rozwijanie tamtego pomysłu. W Kronologic wcielamy się w śledczych wyjaśniających zdarzenia, które miały miejscu w gmachu paryskiej opery. W tym celu przesłuchujemy świadków i za pomocą dedukcji odtwarzamy krok po kroku zajścia minionego wieczora. W przeciwieństwie do Maszyny Turinga w Kronologic nie warto jednak moim zdaniem grać solo, bo zyskuje w większym składzie. Przy każdym pytaniu dostajemy bowiem dwie informacje, z czego jedna (mniej precyzyjna) jest publiczna. Warto zatem słuchać i wykorzystywać to, co sprawdzają przeciwnicy. W ostatecznym rozrachunku wygrywa ta osoba, która rozwiąże zagadkę jako pierwsza. W naszych rozgrywkach często zdarzały się remisy, ale nie zawsze. Czasem byłem o dwa kroki przed przeciwnikiem, a czasem moje śledztwo było jeszcze w lesie, gdy gra się kończyła. Kronologic: Paris 1920 ma w pudełku 15 spraw, ale w Essen dostałem również dostęp do kolejnych kilkunastu śledztw. Co więcej, jest to dopiero pierwsza część zapowiadanej serii. Gra na tyle spodobała się mojej żonie, że pewnie do kolekcji za jakiś czas trafi kontynuacja.
Następna Stacja: Londyn*
W moim przypadku hype na wykreślanki zdecydowanie minął, a w kolekcji do niedawna ostatnim ich przedstawicielem byli Kartografowie. Na dłuższy urlop pożyczyłem sobie jednak Następną Stację: Londyn i od razu po powrocie kupiłem własny egzemplarz. W tej małej gierce rysujemy cztery linie londyńskiego metra, starając się połączyć jak najwięcej dzielnic, ale i zrobić jak najwięcej stacji przesiadkowych. Tak jak w innych wykreślankach nie ma tu specjalnie interakcji, ale przez „podawanie” sobie kredek mechanizm jest na tyle sprytny, że każdy gracz staje przed nieco innym wyzwaniem i nie ma opcji, żeby nasze ruchy się chociaż minimalnie powtarzały. Decyzje nie są oczywiste i choć nie jest to nic ciężkiego, to bawiłem się (i to wielokrotnie) naprawdę dobrze. Co ciekawe, w tym roku wyszła jeszcze jedna wykreślanka z podgatunku „połącz kropki” – Odkrywcy Nocnego Nieba – i również bardzo mi się spodobała, ale ostatecznie za ciut lepszą grę uważam Następną Stację: Londyn. Obie mam i planuję jeszcze ogrywać, przy czym to właśnie Następna Stacja stała się moją „domyślną” grą na wyjazdy. Spora w tym zasługa ciekawych modułów opcjonalnych oraz kompaktowego pudełka.
Sail
Sail jest często porównywany do Halo Wieży, ale osobiście jestem sceptyczny wobec tego zestawienia. To, co łączy obie gry, to fakt, że to dwuosobowe kooperacje z ograniczoną komunikacją i scenariuszami. O ile jednak siłą Halo Wieży jest nieźle oddany temat i prostota rozgrywki, o tyle Sail uważam za grę nieco bardziej wymagającą. Jest to trick-taking, w którym nie tylko ważne jest, kto weźmie lewę, ale i to, jakie symbole znajdują się na naszych kartach. Domyślnie staramy się grać tak, żeby zbierać lewy na zmianę – dzięki temu mamy więcej ruchów do wykonania. Problem w tym, że zazwyczaj kłóci się to z naszym celem, jakim jest przesuwanie statku do przodu i unikanie krakena. Bardzo fajnie zaprojektowana jest plansza, po której ruszamy się na skos – do przodu, ale również w stronę gracza, który zagrał wyższą kartę. Sail jest grą dość trudną (co nie znaczy, że ciężką), wymagającą dobrej pamięci i/lub doświadczenia z klasycznymi karciankami. Ja bardzo doceniam ten design i chętnie bym sięgał po nią częściej, problem w tym, że zdecydowanie nie jest to gra dla każdego. Fanom karcianek i kooperacji jednak mocno polecam, bo jest to ciekawa, angażująca łamigłówka.
To nie kapelusz!
Gra tak głupia, że na papierze nie powinna w ogóle działać. A jednak, nie dość że działa, to jeszcze generuje mnóstwo śmiechu. To nie kapelusz!, imprezowy rodzynek na tej liście to w zasadzie memory, w którym do zapamiętania mamy dosłownie kilka kart. Problem polega na tym, że cały czas krążą one między graczami i po trzech wymianach za cholerę nie da się zapamiętać, co w ogóle aktualnie jest w grze, a już zwłaszcza – gdzie. Doświadczenie z grania w To nie kapelusz! trochę przypomina mi Maskaradę, przy czym bez całej otoczki ze zbieraniem monet i intrygami. Tu do dobrej zabawy wystarczy usiąść w gronie, gdzie nikt nie ma rewelacyjnej pamięci. Gwarantuję, że pomylić się jest bardzo łatwo. Co ciekawe, mechanicznie gra przypomina nieco bardzo chwalone Trio, które jednak KOMPLETNIE mi nie siadło. W Trio irytowało mnie, jak dużo zależy od losowego wyciągnięcia szczęśliwej karty ze środka stołu i jak bardzo gra sugerowała optymalne ruchy bez właściwej imprezówkom dynamiki i humoru. To nie kapelusz! nie próbuje udawać poważnej gry i świetnie wpisuje się w imprezowy stereotyp.
Zamek Tajemnic
Mam za sobą zaledwie dwie partie w Zamek Tajemnic, a w zasadzie jedną przerwaną w połowie i dokończoną nazajutrz. Ciężko jednak, żeby było ich więcej, bo jest to jednorazowa gra type escape room. Oceniam ją więc jako system (w ramach którego wyszła też Ucieczka z Głębin) i ocena ta jest jednoznacznie pozytywna. Mamy tu zagadki dość bliskie serii EXIT, ale lepiej powiązane z tematyką gry i wykorzystujące bardziej szalone komponenty. Gra nie jest mała i tania, jak na jednorazówkę, ale dla fanów escape roomów nie powinno to być przeszkodą. Nie chcę tutaj pokazywać i opisywać żadnych spoilerów, ale mam poczucie, że za mało się mówi o Zamku Tajemnic. Jest to świetna pozycja w swojej kategorii i choć nie bawi mnie aż tak, jak kolejne Unlocki, to mocno ją polecam. Uwaga – nie ma co się oszukiwać, że można „oszczędnie” używać gry i potem ją odsprzedać. Jest ona w 100% jednorazowa i tak należy ją traktować. Co jednak ważne, jak pisałem, można przerwać w połowie i „zapisać” stan gry. To o tyle wygodne, że cała rozgrywka zajmuje ok. 3h.
Znaczkomania
Miłe odkrycie na koniec roku. Znaczkomania to relatywnie prosta, niewielka gra w (zbyt) dużym pudle, wykorzystująca mechanikę „ja dzielę, Ty wybierasz”. Ponieważ wcielamy się w role filatelistów, zasady gry dobrze łączą się z tematem, gdyż wymieniamy się znaczkami. Jest to typ gry, która może być nieintuicyjna przy pierwszej rozgrywce, ale potem wchodzi już błyskawicznie. W ciągu zaledwie 3 rund (każdego współgracza zaskakiwało, jak krótka jest rozgrywka) zdobywamy znaczki do naszego klasera i wybieramy jedną z dostępnych kart punktacji. Jest to o tyle istotna decyzja, że każdą punktację odpalimy maksymalnie raz na rozgrywkę i trzeba się zastanowić, czy to już dobry moment. Znaczkomania raczej nie znajdzie się w wielu topkach, bo jest to „zaledwie” porządna gra z mało wyeksploatowaną mechaniką, ale mnie pozytywnie zaskoczyła. Polecam jednak siadać do niej w co najmniej 3, a najlepiej 4-5 osób. Zarówno wariant solo, jak i rozgrywka na 2 osoby pozostawiają sporo do życzenia.
Ja chcę jeszcze raz!
Endeavor: Deep Sea
Bardzo lubię Endeavor: Wiek Żagli za prosty, staroszkolny design, sporą interakcję i szybką rozgrywkę. Zakładałem, że Deep Sea będzie mocno podobne i mogę je sobie odpuścić, ale cieszę się, że zagrałem. W porównaniu do Wieku Żagli lepiej gra się w mały składzie (było nas troje, ale myślę, że na 2 też zadziała nieźle) i mniej jest bezpośredniej walki o wolne miejsca. Z drugiej strony Deep Sea zawiera sporo scenariuszy i modułowe kafle planszy, które sprawiają, że mapa każdorazowo wygląda zupełnie inaczej. Oczywiście są to zaledwie pierwsze wrażenia, ale mam mocne poczucie, że oba Endeavory są wystarczająco różne, żeby grać/mieć jeden i drugi. Chętnie powtórzę rozgrywkę w najbliższych miesiącach.
Europa Universalis
Po pierwszej (niedogranej!) partii w planszową Europę Universalis targa mną mnóstwo sprzecznych uczuć. Z jednej strony, wielokrotnie powtarzałem, że jestem fanem eleganckich zasad, odartych ze zbędnych mikroreguł. Europa Universalis jest tego zaprzeczeniem – instrukcja jest potwornie długa i zawiła, a rozgrywka przesycona wyjątkami. Tego się jednak w sumie można było spodziewać, zakładając, że autorzy starają się o wierną adaptację oryginału. Komputerowa Europa Universalis jest grą niebywale złożoną i udało się to zaskakująco dobrze przenieść na planszę. Co więcej, zgodny z duchem oryginału pozostał przebieg gry. Nie jest to agresywna naparzanka, w której w ciągu kilku rund zdobywamy połowę świata i bijemy się na wszystkich frontach. Zarządzanie własnym państwem zależy od tylu zmiennych, że dla wielu sukcesem jest po prostu przetrwanie w niezmienionych granicach. Europa Universalis zgodnie z obietnicami jest też grą BARDZO długą – tłumaczenie zasad i zagranie JEDNEJ epoki (z potencjalnie czterech) na 4 osoby zajęło nam ponad 8h. Jest to gra-doświadczenie, które chętnie powtórzę, ale na które trzeba się dobrze przygotować. Powiem więcej – myślę, że większość fanów niewojennych planszówek Europa Universalis pokona. Jest to produkt bardziej skierowany do fanów oryginału, którym niestraszne są długie godziny poświęcone na rozgrywkę i zrozumienie rządzących nią zasad. Ciekaw jestem, jaki będzie odbiór w Polsce – niedługo ma wyjść nasza rodzima wersja. Co ważne, sam mam edycję deluxe i nie są to wyłącznie ładniejsze komponenty, ale TONA dodatkowego gameplayu i możliwość grania w 5-6 osób. O ile do pierwszych rozgrywek absolutnie bym tego wszystkiego nie potrzebował, o tyle Europa Universalis to gra, że się tak wyrażę, lifestyle’owa. Jeśli ktoś planuje zainwestować w nią czas swój i współgraczy, to na dłuższą metę deluxe wydaje się być niezbędny.
Glen More II
Kolejne bardzo solidne euro, które znakomicie znosi upływ czasu, jednak w mojej kolekcji nie zagrzało miejsca. Problemem było głównie ogromne pudło wypełnione modułami Kronik, które z pewnością są ciekawe, ale wymagałyby regularnych rozgrywek. Podstawowe Glen More II całkiem mi się jednak podobało i chętnie ustawię się na kolejne partie. Mamy to draft kafelków, które zbiera się na torze z mechanizmem „zapadkowym” i rozbudowuje swoje włości. Ciekawie działa rynek, który możemy „psuć” sprzedając nadmiarowe towary, ale który również podbija ceny na to, co jest rzadkie. W Glen More II zagrałem już ładnych kilka miesięcy temu i wrażenia były dość pozytywne, ale tak jak mówię – dość szybko uznałem, że nie wyrwało mnie z kapci na tyle, żeby trzymać je na półce. To powiedziawszy, na pewno warto sprawdzić.
Kronika (aka Pokolenia)
Podobna sytuacja jak z Glen More II. Klasyczne solidne euro – „odwrócony” worker placement (zabieramy wylosowane kostki zamiast wysyłać robotników) – w zbyt bogatym na mój gust wydaniu. Utwierdziłem się w przekonaniu, że big boxy to trudny temat, bo dopóki nie znam gry, czuję się przytłoczony liczbą opcji, modułów i dodatków. Sama podstawka jednak jest naprawdę solidną grą. Wydana u nas niegdyś jako Pokolenia, Kronika nie oszałamia ani wyglądem, ani wybitnie oryginalną tematyką. Mechanizm odpalania akcji i wysyłania swoich ludzi, którzy po kolei „umierają” i zapisują się w tytułowej Kronice, są jednak unikalne i bardzo dobrze zaprojektowane. Z całą pewnością chętniej zagram w Kronikę, niż w wiele nowoczesnych, przeładowanych eurogier. Co powiedziawszy, stwierdzam z żalem, że półki i czas nie są z gumy i gra już poszła w świat.
MLEM: Agencja kosmiczna
Jeszcze jeden tytuł od Reinera Knizii. Sympatyczna, ładnie wydana gra push-your-luck o kotkach lecących w kosmos. Ponieważ wszyscy lecimy jedną rakietą i każdy stara się dolecieć jak najdalej – ale jednak wysiąść, póki się da – gra bardzo przypomina rozbudowane Diamenty. Grałem w nią zaledwie raz na konwencie i wszystkim 4 osobom przy stole się całkiem spodobała; z pewnością nie odmówiłbym przy najbliższej okazji. Ostatecznie póki co jednak MLEMa nie kupiłem, bo w tej samej kategorii mam już Szarlatanów z Pasikurowic, Pradawny Las i Deep Sea Adventure. Warto jednak zagrać – jeśli lubicie emocje towarzyszące push-your-luckom, nie będziecie zawiedzeni.
Now Boarding
Ciekawa gierka od Fowers Games, dość niszowego wydawnictwa znanego głównie z Burgle Bros i Paperback. W Now Boarding gra się kooperacyjnie, dążąc do rozwiezienia pasażerów po lotniskach Stanów Zjednoczonych. Każdy z graczy ma do dyspozycji samolot (rozbudowywany w trakcie gry), który mieści kilku ludzi, których odbieramy z jednego miast i zawozimy do innego. Szkopuł polega na tym, że wszystkie ruchy na mapie wykonujemy w czasie rzeczywistym – i to w bardzo krótkich, półminutowych rundkach. Żeby docenić Now Boarding, trzeba więc doceniać mechanikę real-time, ale uważam, że gra jest mniej stresująca, niż np. FUSE czy Magic Maze. Dzięki temu, że pomiędzy rundami mamy czas na obsługę (maintenance) i naradę, dobrze wyważony jest balans między planowaniem a działaniem. Lubię gry od Tima Fowersa, bo jego pomysły są oryginalne i po prostu ciekawe, a przy tym dobrze zaimplementowane. Samo Now Boarding chcę natomiast przede wszystkim sprawdzić w większym składzie. Jedyna jak dotąd partia była rozegrana na 2 osoby i działało bardzo dobrze.
Podwójni Agenci
Jeszcze jeden dedukcyjny koop, wydany pod koniec roku w Polsce przez Portal Games. Podwójni Agenci na pierwszy rzut oka przypominają Załogę – również mamy tu talię kolorowych kart z numerkami, pretekstowy temat i księgę misji. Sama rozgrywka jest jednak zupełnie inna, przede wszystkim dlatego, że nie jest to trick-taking. W Podwójnych Agentach dajemy sobie wskazówki poprzez porównywanie kart pod względem koloru i wartości oraz ich wielokrotności. Na razie jestem dopiero po partii zapoznawczej, więc nie wiem, jakie wyzwania mnie czekają, ale jest to zmyślne. Tutorial wygraliśmy dość bezpiecznie, ale nie powiedziałbym, że kompletnie automatycznie. Widzę tu potencjał.
Power Grid: Outpost
Ciężko mi się nie zachwycać reimplementacją jednej z moich ulubionych gier, czyli Wysokiego Napięcia. Power Grid: Outpost co prawda na papierze nie zmienia wiele, ale w praktyce różni się zasadniczo od oryginału. Zamiast kilku surowców mamy tylko jeden (robotników), co siłą rzeczy upraszcza sterowanie cenami rynkowymi. Z drugiej strony oprócz przetwórni budujemy też baraki i laboratoria, co kładzie zdecydowanie większy nacisk na zarządzanie swoim tableau. O ile w Wysokim Napięciu byliśmy ograniczeni do trzech elektrowni, które w toku rozgrywki modernizowaliśmy i wymienialiśmy na lepsze, o tyle tutaj jest to nieco bardziej rozbudowany i skomplikowany proces. Co się jednak nie zmieniło, to filary rozgrywki. Dalej kluczowa jest licytacja i catch-up, którzy zawsze faworyzuje gracza z najmniej rozbudowaną siecią. Kupiłem Power Grid: Outpost w Essen i nawet złapałem autograf Friedemanna Friese, więc na pewno jeszcze w nie zagram, ale uczciwie powiem, że NIE WIEM, czy kiedyś się go nie pozbędę. Żeby być precyzyjnym: wciąż uwielbiam ten system i na pewno w mojej kolekcji zostaje Wysokie Napięcie. Zastanawiam się tylko, czy chcę mieć osobne pudełko z kolejnym wariantem tej gry. Różnice między nimi są bowiem mniejsze, niż w przypadku np. wspomnianych Endeavorów. Tak czy inaczej, świetny tytuł na 4-6 osób.
Ślimaki
Powiem szczerze: dopóki w sieci nie zaczęły się pojawiać pierwsze entuzjastyczne opinie, o Ślimakach wiedziałem tylko tyle, że są. Ba, byłem wręcz nieco zdziwiony, że premierą roku Galakty jest jakaś mało atrakcyjna gra (chyba) dla dzieci. Dopiero później połączyłem kropki i dowiedziałem się, że Ślimaki to planszówka inspirowana Wormsami. Po zagraniu zaś potwierdzam, że jest to implementacja znakomita. Ślimaki są wredną, szybką, losową i cholernie satysfakcjonującą wojną o przetrwanie. Nie siadałbym do nich tylko we dwoje, ale na więcej osób to czysta frajda. Analizując na chłodno, miałbym pewne wątpliwości co do balansu frakcji i poziomu losowości, ale… po co? Ślimaki są dokładnie tym, co obiecują, i chwała im za to. Dla fanów gier typu Robo Rally, Survive czy Colt Express pozycja absolutnie obowiązkowa. Duże brawa dla debiutującego autora.
That’s all, folks
Uff. Wyszło jak zwykle nieco przydługo, ale być może moje zeszłoroczne odkrycia kogoś zainspirują lub przekonają do którejś z wymienionych gier. Jako że ponad 70 tytułów się NIE załapało na listę (w tym choćby np. Vinhos, Cascadero, Łąka czy Res Arcana), selekcja była dość mocna. I choć trochę marudzę, że nie był to najmocniejszy rok pod kątem jakości gier, to gdybym miał zostawić sobie w kolekcji wyłącznie tytuły wymienione w tym artykule, to mógłbym z tym żyć.
A co w 2025 roku? Ponownie postanowiłem sobie nieco częściej pisać na blogu, chociaż bez nacisku. Do tej pory po każdym okresie częstszego publikowania potrzebowałem długiej przerwy, więc nie będę się zmuszał. Tym niemniej w najbliższych tygodniach pewnie ze 2-3 teksty się pojawią. Przede wszystkim zbieram się do powtórki podsumowania EsseNówek, bo w zeszłym roku artykuł spotkał się z dość ciepłym przyjęciem. Tymczasem życzę (sobie i Wam!) miłego grania i samych znakomitych odkryć w 2025!





























