The best of 2021
Co tu dużo mówić, jedną z niewielu zalet pandemii jest więcej wieczorów przeznaczonych na planszówki. O ile rok 2020 był zaledwie niezły, to na 2021 już wcale nie mogę pod tym kątem narzekać. Zapraszam na krótki przegląd tytułów, które wywarły na mnie szczególnie dobre wrażenie w zeszłym roku.
Zgodnie ze statystykami z BGG, w 2021 nabiłem prawie 500 rozgrywek w 191 różnych tytułów. Niestety niektóre tytuły z mojej ścisłej topki zbyt rzadko (lub wcale!) trafiały na stół, ale dla równowagi poznałem aż 104 nowości. Przyczyniła się do tego zmiana pracy, wyjazd na Essen, spora rotacja w kolekcji, które również w dużej mierze spowodowały brak czasu na prowadzenie bloga. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na 30 (!) tytułów, które szczególnie zapadły mi w pamięć w tym roku.
Potrójną topkę zacznę klasycznie – będą to po prostu najlepsze gry, w jakie zagrałem po raz pierwszy w 2021. Druga część to swego rodzaju „wzmianki honorowe” – tytuły, które z takich czy innych powodów ciężko zaliczyć mi do najlepszych, ale które mimo wszystko chciałbym wyróżnić. Trzecia część natomiast obejmuje gry, w które jak dotąd udało mi się zagrać tylko 1 raz… i sprawiły, że z niecierpliwością czekam na kolejną okazję.
Dla formalności dodam jeszcze, że nie brałem pod uwagę rozmaitych prototypów, sequeli, reimplementacji itd. (czyli np. kolejnych części Unlock, Concordii Venus czy Załogi: Wyprawy w Głębiny) oraz gier Lucky Duck Games, nad którymi pracuję.
Bez zbędnego przedłużania:
Top 9 gier poznanych w 2021 roku
9. Roll Camera: The Filmmaking Board Game
Właśnie za takie gry uwielbiam to hobby. Jakkolwiek mechanicznie jest „zaledwie” ok – to dość prosty kooperacyjny worker placement z kostkami – tak klimat wylewa się z każdego elementu gry, od pudełka rozpoczynając, poprzez planszę z narracyjną minigrą na odwrocie (!) aż po pełne humoru karty. Być może Roll Camera jest grą niszową i nie każdemu przypadnie do gustu, ale zwłaszcza za rewelacyjną pierwszą rozgrywkę (pozdrawiam Asię i Pawła!) musiała znaleźć się w topce. Co godne wspomnienia, gra w bardzo ciekawy sposób walczy też z syndromem gracza alfa – jedną z dostępnych akcji jest wymiana pomysłów, jedyna opcja, żeby zagrać tzw. idea cards. Mnóstwo serca i włożonej przez twórców pracy zaowocowało znakomitą grą.
8. Blood Rage
Powiem szczerze – nawet mnie zaskoczyło, że dopiero w 2021 roku zagrałem po raz pierwszy w Blood Rage. Trafił na stół w styczniu ubiegłego roku i potem kilkukrotnie powracał, będąc ciekawą alternatywą dla Chaosu w Starym Świecie. Mimo, że Chaos wciąż stawiam wyżej, to niezaprzeczalną zaletą Blood Rage’a jest skalowanie, dzięki któremu gra bardzo dobrze chodzi na 3 osoby. Draft obfituje w nieoczywiste wybory, a dzięki Valhalli i innym mechanizmom zachęcającym do walki rozgrywka jest przyjemna i dynamiczna. Ankh, w które też miałem okazję zagrać w tym roku, aż tak mnie nie porwało. Dla osób lubiących walkę i dużą interakcję – pozycja obowiązkowa.
7. Palec Boży
Lubię pstrykanki, ale większość z nich po kilku-kilkunastu partiach przestawała mnie bawić i trafiała na bazarek. Taki los spotkał choćby Flick’em Up! czy ICECOOL. Palec Boży ma natomiast szansę przetrwać, bo oprócz zabawy z pstrykaniem oferuje naprawdę solidną mechanikę. Gdyby nie wyjątkowo nieforemne pudełko, prawdopodobnie brałbym go jako filler na każde spotkanie planszówkowe. Zasady tłumaczy się 5 minut, a frajdę mają i doświadczeni gracze, i nowicjusze. Gorąco polecam niezależnie od stopnia doświadczenia!
6. Dice Throne
Dice Throne ogrywałem przede wszystkim na początku roku, pisząc recenzję dla Board Times. W grudniu wróciłem do gry po kilkumiesięcznej przerwie i nie straciła swojego uroku. To bardzo prosta, ale również niezwykle przyjemna pojedynkowa turlanka z naprawdę niezłym trybem drużynowym. Nie mam z niej takiej frajdy, jak z Dice Masters albo karcianej Gry o Tron, ale już np. dużo bardziej wolę pokulać kostkami w Dice Throne niż grać w Keyforge. Jeśli szukacie emocjonującej, szybkiej i asymetrycznej gry na dwie osoby, warto sprawdzić – a po dłuższą opinię zapraszam do recenzji.
5. Spirit Island
Wybór nieoczywisty, bo pierwsze podejście do Spirit Island mnie nieco zmęczyło. Administracja grą, liczba mikrozasad i problemów do poradzenia z początku mnie przytłoczyły i uznałem ją za zbyt przekombinowaną w stosunku do choćby Pandemii. Mimo wszystko skusiłem się na kolejną rozgrywkę i przekonałem się, że Spirit Island jest naprawdę świetne. Ogromna asymetria, konieczność opanowania najeźdźców na kilku poziomach i nieustanne balansowanie na krawędzi porażki czynią z gry naprawdę świetnego coopa, który na dodatek unika syndromu lidera. Ma na to prosty sposób – bez komputera w głowie po prostu nie da się ogarnąć, co mogą robić pozostali gracze. Dzięki temu naprawdę czułem ducha współpracy przy stole i musiałem zaufać pozostałym, że poradzą sobie ze swoją częścią zadania. Ścisły top gier kooperacyjnych dla zaawansowanych.
4. Heaven & Ale
Lubię podkreślać, że choć jestem fanem euro, potrzebuję w nich chociaż minimum klimatu. Do tej pory chyba jedynym wyjątkiem od tej zasady były Zamki Burgundii, w które namiętnie grywam przez internet. Poznane w ubiegłym roku Heaven & Ale – jakkolwiek absolutnie wyprane ze śladowych choćby ilości tematu – jest grą z podobnej kategorii. Gra jest bardzo elegancka mechanicznie i chociaż nie nazwałbym jej prostą, to same zasady da się wytłumaczyć w miarę szybko. Nie jestem zaskoczony, że w Polsce gra przemknęła bez specjalnego echa i żaden z wydawców nie pokusił się o rodzimą edycję, ale jeśli macie taką możliwość, polecam spróbować. Gra jest całkowicie niezależna językowo, oryginalna i satysfakcjonująca.
3. Destinies
Zdaję sobie sprawę, że mogę nie zabrzmieć obiektywnie, bo Destinies poznałem już pracując w LDG – tym niemniej nie mogło się nie znaleźć w tym zestawieniu. Grę miałem na radarze od dawna i absolutnie nie zawiodła moich oczekiwań. Zaskakująco proste rozwiązania połączone ze świetnym wykorzystaniem aplikacji sprawiają, że to najlepszy substytut RPG, jaki poznałem. Tak właśnie wyobrażałem sobie wzorcową grę przygodową – minimum mechaniki, maksimum historii i skupienie na przeżywanej fabule. Nie jest to gra dla każdego – jej celem jest rozgrywka sama w sobie, a nie zwycięstwo – ale ja niecierpliwie czekam na dokończenie kampanii.
2. Daj Namiar
Czarny koń zestawienia i zdecydowanie największe zaskoczenie 2021 roku. Muszę szczerze przyznać, że od dawna nie byłem fanem Tajniaków: mimo fajnego pomysłu, często szkodził im duży downtime i zdarzały się grupy, w których gra niespecjalnie siadła. Daj Namiar bierze natomiast z Tajniaków wszystkie zalety i uzupełnia je o dynamiczną rozgrywkę. Gra jest niepozorna i jak wiele imprezówek Rebela mogła zniknąć w tłumie, a szkoda. W Daj Namiar zagrałem w 2021 roku najwięcej partii i nie ma w tym przypadku – podobała się w zasadzie wszystkim i jest świetnym fillerkiem lub rozgrzewką przed większymi grami. Jedyna gra z tej topki, którą bezwarunkowo mogę polecić każdemu.
1. Clash of Cultures: Monumentalna Edycja Polska
Tu już bez zaskoczeń – oczekiwałem świetnej gry i się nie zawiodłem. Clash of Cultures świetnie realizuje to, co obiecywała i świetnie oddaje ducha rozwoju własnej cywilizacji. W grze zachowano optymalny balans między własnym rozwojem a interakcją z przeciwnikami, a wbudowany dodatek gwarantuje gigantyczną regrywalność. Mógłbym jeszcze długo kadzić, ale jeśli jesteście zainteresowani, to zapraszam do pełnej recenzji. Ja już się nie mogę doczekać kolejnych rozgrywek!
W tym miejscu muszę jednak dodać, że oprócz pierwszej trójki miałem dość spory zgryz z uszeregowaniem pozostałych gier w topce. Sytuacji nie ułatwiał fakt, że oprócz wyżej wymienionej dziewiątki rozważałem spokojnie kilkanaście innych tytułów. Czas zatem na kolejną dziewiątkę – czyli gry, którym czegoś zabrakło do ścisłego topu, ale z takiego czy innego powodu chciałbym wyróżnić. Tym razem już bez określonej kolejności.
Wyróżnienia warte wspomnienia
W kolejności chronologicznej poznawania:
Kowale Losu – gra, która miała mi się bardzo spodobać, ale zniknęła z radaru po kilku nieprzychylnych recenzjach. W moje łapki trafiła dzięki Mystery Boxom od Rebela i bardzo się cieszę, bo naprawdę fajnie siadła. Budowanie własnych kostek jest odprężające, a wyturlanie świeżo kupionych bonusów daje mnóstwo frajdy. Znakomity i pięknie wydany fillerek, któremu bardzo przyda się dodatek, bo regrywalność podstawki jest mocno ograniczona. Ale że da się go kupić w przyzwoitej cenie… może do mnie trafić w 2022.
Miasteczka – impulsowy zakup z wyprzedaży, bo bardzo spodobały mi się grafiki i opis, choć nie znałem recenzji. Bardzo przyjemna i pięknie prezentująca się układanka familijna. Nie ma tu wybitnej głębi strategicznej, ale dzięki bardzo intuicyjnym zasadom i dobrej skalowalności ma na razie pewne miejsce w kolekcji. Znakomity stosunek jakości do (wyprzedażowej) ceny.
Quetzal – nie będę ukrywał, że pograłem w niego sporo przygotowując recenzję i puściłem grę dalej. W mojej kolekcji mam sporo innych lekkich euro, ale mimo to polecam Quetzala wszystkim początkującym – świetnie łączy kilka podstawowych mechanik (worker placement, licytację i set collection) i bardzo ładnie wygląda. Jedna z tych gier, których po 10 partiach już nie mam potrzeby proponować, ale bez żalu zagram.
Ostatnia Wola – dość już leciwe euro, za to – w przeciwieństwie do przywoływanego już Heaven & Ale – bardzo przyjemnie tematyczne. W końcu jak się nie bawić dobrze w grze, w której naszym celem jest przebimbanie całego majątku? Mechanicznie jest w porządku, choć bez fajerwerków – widać, że gra ma swoje lata – bez żadnych poważnych zgrzytów. Jeśli tak jak ja nasłuchaliście się, że Vladimir Suchy robi gry bez klimatu, poszukajcie Ostatniej Woli. Warto.
Unfair – sympatyczna karcianka o budowie własnego parku rozrywki. Niby wszystko to już gdzieś było, ale dobrych tableau builderów nigdy za wiele, a do tego nie mogę się w żaden sposób przyczepić. Relaksująca lekka gra (ale półkę wyżej, niż fillery!) dla miłośników składania combosów. Niestety relatywnie wysoka cena i silna zależność językowa utrudniają przebicie się Unfair w Polsce.
Mafiozoo – tak jak większość gier Funiverse można ją kupić w absurdalnie niskich, wyprzedażowych cenach. O grze przeczytałem przypadkiem na Board Times i to wystarczyło, żeby przyciągnęła moją uwagę – i absolutnie nie żałuję. Dość nietypowy temat (klimat jak z Blacksada, czyli antropomorfizowane zwierzątka w wersji dla dorosłych) skrywa sprytną mechanikę korzystającą z mankali. Może nie jest to gra ze ścisłego topu, ale na pewno nie zasłużyła na taki brak zainteresowania, z jakim się spotkała. Można ją obecnie dostać za 20 zł i według mnie będzie świetnym uzupełnieniem każdej kolekcji.
SCOUT – mała karcianka od OINK Games, ich tegoroczna premiera z Essen, to ciekawa wariacja na temat remika, pana i innych klasycznych gier. Wykorzystując trik z Fasolek (brak możliwości układania kart), układanie sekwensów i trick-taking autor stworzył grę niby mało odkrywczą, a jednak sprytną i elegancką. Hit naszego wyjazdu do Essen i późniejszych spotkań.
Niepożądani Goście – bardzo ciekawa gra dedukcyjna od Naszej Księgarni, przypominająca Cluedo na mocnych sterydach. Rozwiązujemy zagadkę morderstwa pana Waltona, wymieniając się informacjami na temat podejrzanych i ścigając z innymi graczami. Jedna z najciekawszych (obok Cryptid) gier w tym gatunku, choć niepozbawiona wad – ale o tym napiszę szczegółowo już niedługo w pełnej recenzji.
Canvas – zdecydowanie większą uwagę zazwyczaj przykładam do mechaniki i grywalności, niż do szaty graficznej. W przypadku Canvas ciężko się jednak nie zachwycić wykonaniem. Twórcy chcieli zrobić grę o obrazach i stanęli na wysokości zadania, a koncept z zastosowaniem przezroczystych kart z detalami pasuje wprost rewelacyjnie. W swojej istocie Canvas jest prostą i przyjemną gierką z set collection i pewnie nie będzie wracać na stół bardzo regularnie, ale sama rozgrywka dostarcza tyle czystej estetycznej przyjemności, że ma niemal pewne miejsce w kolekcji. Pełna recenzja niedługo na Board Times.
…i ostatnia, trzecia lista – czyli gry, w które zagrałem tylko raz, ale chcę więcej! Część z nich być może zostanie zweryfikowana negatywnie po kolejnych partiach, ale pierwsze wrażenia zostawiły co najmniej dobre.
Ja chcę jeszcze raz!
I ponownie w kolejności chronologicznej:
Endeavor: Wiek Żagli – pierwsza partia poszła mi średnio i tak naprawdę nie wiem, co sprawiło, że gra za mną chodzi już od dawna. Endeavor wyróżnia z pewnością dość oryginalna mechanika, ale nie jestem pewien, czy w moim guście. Zapamiętałem jednak szczególnie silne poczucie ścigania się z innymi graczami, co bardzo dobrze wpisywało się w tematykę gry. Poluję na Endeavor na MatHandlach i mam nadzieję, że może w tym roku się uda jeśli nie zdobyć, to przynajmniej zagrać.
Sen – niepozorny fillerek, którego nigdy nie miałem na radarze. W praktyce okazało się, że Sen to bardzo sprytna gierka o zarządzaniu ryzykiem, na dodatek z pięknymi ilustracjami. Zagrałem raz u znajomych i od tego czasu nie było okazji, ale kusi mnie, żeby sprawić sobie edycję jubileuszową. Małe, a dobre.
Scythe – do Scythe zabierałem się jak pies do jeża, bo mimo że gra jest od dawna w czołówkach wielu rankingów, słyszałem sporo negatywnych opinii od osób, których gust znam i szanuję. Na dwudniowym wyjazdowym maratonie nie było jednak wymówek i siedliśmy we trójkę do stołu i… sam nie wiem. Mam poczucie, że to gra, która zyskuje z każdą kolejną partią, jednak nie wiem czy mam tyle samozaparcia, żeby osiągnąć wystarczającą biegłość. Z uwagi na to, że każdy gracz ma inny zestaw akcji, nie próbowałem nawet śledzić, co robią przeciwnicy na swoich planszetkach. Na dużej planszy – zgodnie z oczekiwaniami – działo się niby dużo, ale prawie bez walki. Ta jedna rozgrywka miała miejsce ponad pół roku temu i dalej myślę sobie, że muszę dać Scythe drugą szansę – ale cały czas czekam na jakąś okazję…
Air, Land & Sea – zagrane przypadkiem w oczekiwaniu, aż zwolni się miejsce przy większej grze. O Air, Land & Sea nie słyszałem wcześniej zupełnie nic, a to znakomita dwuosobowa mikrokarcianka, czyli gatunek, który niezwykle podziwiam z projektanckiego punktu widzenia. Zagrywamy karty, żeby zdobyć przewagę na minimum 2 z 3 frontów, a trik polega na tym, że ich ułożenie względem siebie może się zmieniać. Zmyślna gra, gdyby nie to, że relatywnie mało gram w 2 osoby, pewnie już stałaby na półce.
War Chest – ooo, jakie to jest dobre! Miałem przypuszczenia, że War Chest mi się spodoba i wygląda na to, że się nie zawiodę. Mechanicznie to skrzyżowanie gier logicznych (np. szachów) z bag-buildingiem i jakkolwiek nie brzmi to strasznie, sprawdza się ŚWIETNIE. W pierwszej rozgrywce bawiłem się rewelacyjnie i z niecierpliwością czekam na kolejne!
Mindbug – niepozorny hit Essen, czyli Magic: the Gathering w mikropigułce. Zero budowania ekonomii, zero deckbuildingu, czysta taktyczna naparzanka z twistem w postaci podbierania karty wystawionej przez przeciwnika. Nie kupiłem swojego egzemplarza i pewnie go nie potrzebuję, bo i tak wolę się ustawić na „poważniejsze” granie choćby w Dice Masters, ale Mindbug ma ogromny potencjał.
Pipeline – ekonomiczne euro od Capstone Games. Podszedłem do gry bez specjalnych oczekiwań i bardzo spodobało mi się układanie rurociągów, stanowiąca jej esencję układanka logiczna. Na 3 osoby występował już pewien downtime i raczej nie siadałbym w 4, ale chętnie powtórzę to doświadczenie.
Brazil: Świt Imperium – na razie tylko jedna partia, bo co tu dużo mówić, w grudniu wstrzymałem się z zakupami. Miałem jednak okazję zagrać przedpremiorowo na egzemplarzu wydawcy i jestem całkiem zadowolony. Nie jest to dla mnie pełnoprawna gra cywilizacyjna, ale bardzo solidne euro z wszystkimi elementami 4X. Prawdopodobnie trafi wkrótce do kolekcji jako szybsza i mniej mózgożerna alternatywa dla Clash of Cultures. Odważny, ale (mam nadzieję) udany ruch ze strony Lucrum Games.
Awantura o Skarby – esencja uwielbianej przez mnie mechaniki „ja dzielę, Ty wybierasz”. Siadło mi dużo bardziej niż Pizzeria i nie ma tylu zasad, co Andromeda, zatem zostaje w kolekcji i raczej szybko wróci na stół. Szata graficzna jest dość paskudna, ale grywalność wynagradza to w 100%.
Nagrody pocieszenia
Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o 3 tytułach, które z różnych powodów nie załapały się do żadnej z powyższych kategorii, ale również zapadły mi w pamięć:
Tytuł Najwyższego Półkownika trafia do Guards! Guards! A Discworld Boardgame, czwartej (i ostatniej) gry na licencji Świata Dysku. Przeleżała na mojej półce od Essen 2016 i w końcu doczekała się premierowej rozgrywki, bijąc rekord czasu pobytu na półce wstydu. Jeśli zastanawiacie się, dlaczego nigdy nie wyszła po polsku, odpowiedź jest dość prosta – co tu dużo mówić, mechanicznie jest to kasztan. Jeśli miałbym porównać ją do czegokolwiek, to do trochę bardziej skomplikowanego Talizmanu. Paradoks polega zaś na tym, że mimo wszystko… bawiłem się świetnie! Jako psychofan Pratchetta doceniam, że chyba najlepiej oddaje chaotyczny i absurdalny charakter uniwersum. W odpowiednim towarzystwie wkręciliśmy się mocno w klimat i byliśmy w stanie wybaczyć grze naprawdę dużo. Krótko mówiąc – gra słaba, doświadczenie świetne 😉
Drugie zauważenie i tytuł Król Minimalizmu to Regicide, gra, która dość nieoczekiwanie w połowie roku pojawiła się na pierwszym miejscu hotness BGG. Wyróżnia ją natomiast to, że… da się w nią zagrać zwykłą talią kart z kiosku! Co zaś najciekawsze, nie jest to fafnasty trick-taking oparty na brydżu, a sprytna gra kooperacyjna (!) z lekką domieszką fabuły (!). Polecam ściągnięcie zasad i przetestowanie, nie jest to tak genialna gra jak Załoga, ale mimo wszystko świetny projekt.
Hype Roku i ostatnie zauważenie wędruje zaś do Wiedźmina, którego nie brałem pod uwagę w topce z uwagi na zasadę „zero prototypów”. Grałem na początku kampanii crowdfundingowej i gra wymagała jeszcze ostatecznych szlifów, ale myślę, że będzie naprawdę spoko. Jeżeli Łukasz Woźniak wziął pod uwagę feedback od testerów i wspierających, możemy spodziewać się bardzo sensownej przygodówki. Osobiście czekam z niecierpliwością.
Plany na 2022
Jesienią z okazji Essen, MatHandli i nie tylko zdobyłem całą masę gier, więc nie narzekam obecnie na brak tytułów do ogrywania. Oprócz Wiedźmina i Europy Universalis nie czekam na żadne preordery, tym niemniej na półce czekają na debiut m.in. Gloomhaven: Szczęki Lwa, Barrage czy Pan Am. Przy dobrych wiatrach w tym roku może nawet przekroczę 200 różnych gier, aczkolwiek nie mam ciśnienia. Z przyjemnością poogrywam również starsze tytuły z kolekcji, tym bardziej, że muszę ją solidnie zredukować.
Jeśli chodzi o bloga, to co tu dużo kryć – nowa praca i inne zmiany życiowe zrewidowały moje początkowe tempo pisania tekstów. Po kilkumiesięcznej ciszy udało się jednak wrócić i liczę na to, że może nie dwa razy na tydzień, ale będę wrzucać wpisy z większą regularnością niż ostatnio. Na pewno w najbliższych tygodniach możecie się spodziewać recenzji Niepożądanych Gości, a w dalszej kolejności prawdopodobnie Grand Finale i Escape Roll & Write. Chodzi mi po głowie również kilka tematów na felietony i wznowienie cyklu Make Games Harder… a jak wyjdzie, czas pokaże 😉























