Top gier z jaszczurką na okładce

Siódmego czerwca 2022 roku, po 16 latach działalności, wydawnictwo Lacerta ogłosiło zawieszenie działalności w dotychczasowej formie. I choć można się było tego spodziewać – prowadzenie firmy w ostatnich latach nie jest łatwe – to i tak dla wielu osób (w tym dla mnie) był to szok. Gry z jaszczurką na okładce towarzyszyły mi od czasów licealnych. I choć Lacerta ma dalej wydawać poprzez akcje przedsprzedażowe, dla mnie właśnie skończyła się pewna epoka.

Z ciekawości postanowiłem sprawdzić, w ile planszówek z portfolio Lacerty miałem okazję zagrać. Odliczając dodatki, na mój stół trafiło na którymś etapie 40 różnych gier wrocławskiego wydawnictwa. Nawet na przeszło 700 ocenionych tytułów to zauważalny wynik; tylko Rebel wydał więcej pozycji, które miałem w rękach. Z tego powodu – i z pewną dozą nostalgii – postanowiłem zrobić topkę najlepszych gier Lacerty, jakie znam.

Tytułem wstępu

Pomysł oczywiście ani nie jest nowy, ani mój; podobną topkę robiło niegdyś Gradanie, które z kolei ściągnęło z Dice Tower. Mam poczucie, że w swoich wyborach bardziej kierowałem się nostalgią, niż „obiektywnym” poziomem gry; tym niemniej w każdą z wymienionych pozycji zagrałbym dziś z ogromną przyjemnością. Chciałbym również podkreślić, że nie zagrałem we WSZYSTKIE największe hity. Mam np. zaległości w postaci Uczty dla Odyna (bardzo słabo dostępnej) czy Grand Austria Hotel oraz Kawerny, które… zamówiłem dosłownie kilka dni temu. Tak czy inaczej – topka będzie pewnie dość nieoczywista.

Na wstępie jedno zauważenie – czyli gra, w którą co prawda grałem i mam poczucie, że mogłaby (i powinna) być wyżej, ale nie może. Mowa tu o Mage Knight. Mój problem polega na tym, że grałem wyłącznie w wydanie Portalu (Ultimate Edition), a co więcej – tylko raz, więc bardzo ciężko mi ocenić, jak Mage Knight sprawdza się w wersji bez dodatków. Byłem pod dużym wrażeniem i jest to z pewnością gra na swój sposób wybitna, ale nie mogę jej z czystym sercem wrzucić na listę.

Przechodząc zatem do konkretów:

10. Azul

alt

Pierwszy Azul był ogromnym i najbardziej zasłużonym sukcesem. Jeśli chodzi o „mody” w świecie planszówek, to ogromny boom na pięknie wydane abstrakty logiczne zaczął się właśnie od gry Michaela Kieslinga. Niezwykle intuicyjne zasady, genialny w swej prostocie draft kafli i szczypta negatywnej interakcji sprawiają, że po Azula sięgnąłem równie chętnie, jak tysiące innych graczy. I choć obecnie nie mam go już w kolekcji – wypchnęły go Sagrada Calico – to nigdy nie odmówię partyjki. Niestety kolejne tytuły z serii moim zdaniem nie dorównały pierwowzorowi. Witraże Sintry miały zbyt udziwnione (jak na Azula!) zasady, a Letni Pawilon był zbyt – nomen omen – letni i pozbawiony pazura. Nie miałem okazji poznać jeszcze Ogrodów Królowej, ale pewnie to wkrótce nadrobię. Tak czy inaczej – pierwszy Azul znakomitą grą jest i basta.

9. Puerto Rico

alt

Archetyp porządnego euro. Gdy wchodziłem w świat planszówek, Puerto Rico okupowało miejsce w ścisłej czołówce rankingu BGG (3 pozycję, o ile pamiętam). Zagrałem po raz pierwszy już nieco później, ale od pierwszej partii zachwycił mnie system wyboru akcji. Chociaż dzisiaj pewnie Puerto Rico nie zrobiłoby wielkiego szumu na rynku, to kilkanaście lat temu było unikatowe i zachwycające. To m.in. dzięki tej grze przez lata uważałem się za eurogracza. W mojej kolekcji Puerto Rico było już trzykrotnie i trzykrotnie wylatywało, ale na każdym MatHandlu przywitam je radośnie z powrotem.

8. Belfort

alt

Spoiler alert: nie będzie na tej liście Agricoli, ale znalazło się miejsce na inny klasyczny już worker placement. Belfort udowodnił, że gra euro również może być stworzona z humorem i przyjemnym klimatem. Niesamowite wrażenie (przy pierwszej partii, czyli ~7-8 lat temu) zrobił na mnie trik z różnymi typami pracowników. Dość długo nie miałem współgraczy do gier ciężkości Belfortu i w końcu oddałem go znajomym, ale nawet później ustawiałem się z nimi na granie. Czy jest to gra wybitna? Nie wiem. Czy bawiłem się przy niej świetnie? Jak najbardziej.

7. Goa

alt

Trzecie z rzędu euro na liście i być może najbardziej zaskakujące. Goa Rüdigera Dorna to klasyczna gra licytacyjna o handlu przyprawami, czyli o mieleniu drewnianych zasobów na punkciki. Bardzo fajnie zaimplementowany system licytacji działa dobrze nawet na 3 osoby (a na 2 – przyzwoicie), co 10 lat temu było niezwykle rzadkie. Goa dzisiaj pewnie odstraszyłaby większość graczy dość siermiężnym wyglądem, ale od strony mechanicznej to wciąż kawał porządnego designu. Równie ciekawą grą z portfolio Lacerty była Genua tego samego autora, jednak zagrałem w nią relatywnie późno i nie mam do niej tyle sentymentu, co do Goa.

6. Patchwork

alt

Wspomniałem już, że na liście nie znalazła się Agricola, a nie grałem w Ucztę dla Odyna i dużą Kawernę. Le Havre również po pewnych wahaniach wyrzuciłem z rozważań, gdyż – co tu kryć – grałem w nie dawno temu i wówczas jeszcze nie byłem w stanie docenić. W topce gier Lacerty musiała się jednak znaleźć chociaż jedna gra Uwe Rosenberga. Dla mnie jest to Patchwork, jedna z najlepszych prostych dwuosobówek na świecie. Szycie kocyka może nie brzmi zbyt dostojnie, ale w tej prostej poliominowej układance widać iskrę geniuszu. Z tego co wiem, kolejne gry Rosenberga rozwijające ten pomysł nie były już tak dobre. Nie jestem tym specjalnie zaskoczony – siłą Patchworka jest prostota. Jest to też jedna z najprostszych gier, gdzie widać progres po kilku rozgrywkach – znakomita większość ludzi „uczy się” dobrej strategii wraz z kolejnymi partiami.

5. Spirit Island

alt

Chyba najcięższa gra w mojej topce. Pamiętam, że była reklamowana jako „przeciwieństwo Catanu” – kooperacja o wypieraniu osadników z wyspy. Jakkolwiek tematycznie jest to prawda, tak trudno mi sobie wyobrazić grę bardziej różną od OsadnikówSpirit Island jest naprawdę ciężką grą o KOLOSALNEJ regrywalności, gwarantowanej przez bardzo asymetryczne moce graczy. Jest to też jeden z niewielu koopów, gdzie ani trochę nie czuję syndromu lidera. Przy tak wysokim poziomie skomplikowania i skrajnej asymetrii jest to po prostu bardzo trudne – w Spirit Island musimy zaufać, że nasi współgracze poradzą sobie ze swoją częścią zadania. Do tego bodajże 17 (sic!) poziomów trudności, ale przede wszystkim niezwykle angażujący, pełen decyzji gameplay. Spirit Island jest również najnowszą z gier w mojej topce i (dla mnie) spina pewną klamrą portfolio wydawnictwa, które wydało jedne z najlepszych koopów na świecie. Tymi koopami są zaś…

4. Magic Maze

alt

Zanim przejdziemy do podium, warto wspomnieć o jednej z najoryginalniejszych gier w mojej kolekcji. Magic Maze stworzony został przez Kaspera Lappa, będącego wcześniej projektantem gier komputerowych – i to się czuje. Mnóstwo bardzo niekonwencjonalnych pomysłów splotło się na jedyną w swoim rodzaju grę, w której:

a) nie można rozmawiać

b) trzeba współpracować

c) każdy się rusza wszystkimi pionkami

d) rozgrywka dzieje się w czasie rzeczywistym

Magic Maze towarzyszył mi na wielu wyjazdach i niezmiennie cieszył się ogromnym powodzeniem. Już pierwsze scenariusze, choć z perspektywy czasu proste, potrafią dać w kość niedoświadczonym graczom. Z każdym kolejnym zaś poziom trudności rośnie, a od emocji jest aż gęsto. Najlepszym zaś gadżetem w Magic Maze jest tzw. pionek „zrób coś!”, szerzej znany jako pionek nienawiści. Jeśli nie wiecie, czemu, zagrajcie w Magic Maze. Kiedy ktoś zacznie Wam stukać tym bydlakiem przed nosem i znacząco wytrzeszczać oczy, zrozumiecie.

3. Pandemic Legacy

alt

Moim pierwszym podejściem do gier legacy było Charterstone i cieszę się, że to dość nieciekawe doświadczenie nie zraziło mnie do kolejnych prób. W przypadku Pandemica Legacy miałem przynajmniej gwarancję, że same podstawy rozgrywki będą mi się podobać. Muszę jednak przyznać, że nowe reguły i pomysły, w jakie obfituje ta gra, znakomicie uatrakcyjniają już i tak dobry tytuł. Paradoks polega na tym, że regularne rozgrywki w Pandemica Legacy utrudniła mi… prawdziwa pandemia. Sezony 2 i 0 wciąż czekają zatem na odpowiednią ekipę, ale jestem absolutnie przekonany, że się nie zawiodę. Wynika to z faktu, że moją pierwszą, długo najlepszą i z pewnością darzoną wielkim sentymentem kooperacją była

2. Pandemia

alt

A tak. Rozbiłem rodzinę Pandemica na dwa miejsca, bo podstawową wersję (z wszystkimi dodatkami) traktuję jako grę na zupełnie inne okazje. Z Pandemią zetknąłem się pewnie ok. 2014 roku i mimo, że znałem już sporo poważniejszych gier, szturmem wbiła się na mój stół. To, jak w tej grze klimat wiąże się z mechaniką, jest dla mnie do dziś świetnym doświadczeniem. Mechanizm rozprzestrzeniania się zarazy jest wprost znakomity. Żaden późniejszy „klasyczny” koop (może poza Ognistym Podmuchem) nie wydawał mi się tak sprytnie wymyślony. A gdy zacząłem dostrzegać pewne uproszczenia mechaniczne i problemy z regrywalnością, do mojej kolekcji wjechały dodatki. I o ile Na krawędzi dało mi „więcej tego samego”, o tyle Laboratorium wprowadziło bardzo dobry tryb drużynowy i najlepszą nakładkę rozwiązującą główny problem podstawki – tytułowy tryb laboratorium. Grałem w różne wariacje na temat – Zakazaną PustynięUpadek RzymuIberię – ale to zwykła Pandemia z dodatkami do dziś jest moją ulubioną.

1. Wysokie Napięcie

alt

To jednak nie Pandemia jest moją ulubioną grą od Lacerty. Tytuł ten należy do opus magnum Friedemanna Friese, czyli oczywiście do Wysokiego Napięcia. Kiedy ktoś mnie pyta o najlepszą grę na 4-6 osób, do dziś jest to pierwsza i najoczywistsza odpowiedź – a po raz pierwszy zagrałem w nie bodajże w 2007 roku. Swój egzemplarz wraz z dodatkami zdobyłem co prawda kilka lat później, ale Wysokie Napięcie wraca na mój stół z bezpieczną regularnością. Nie znam lepszej gry licytacyjnej, lepszego zobrazowania mechaniki catch up, lepszej symulacji rynku z prawami popytu i podaży. A może inaczej – widziałem i grałem w bardziej realistyczne gry ekonomiczne, ale żadna nie dawała mi tyle frajdy, co to zielone pudełko. Dzięki Wysokiemu Napięciu zrozumiałem też, czemu niektórzy mają swoich ulubionych projektantów. Dla mnie przez lata najlepszym autorem gier planszówek był właśnie Friedemann Friese. Jeśli można mówić o planszówkowym kanonie, Wysokie Napięcie po prostu musiałoby się w nim znaleźć.

A przecież…

…to Lacerta wydała pierwszą moją „prawdziwą” grę solo – Piętaszka. To dzięki Lacercie poznałem Reinera Knizię (Samuraj) czy Alexandra Pfistera (Wyspa Skye, Great Western Trail). Kilkanaście lat temu było to jedyne wydawnictwo oprócz Galakty i Barda, jakie kojarzyłem. Nie pamiętam żadnego problemu z wydanymi przez nich grami, a w zasadzie każdą premierę uznawałem za wartą sprawdzenia.

Co będzie dalej? Czy faktycznie Lacerta będzie funkcjonować od kampanii do kampanii? Co po dodatkach do Spirit Island? Zobaczymy. Tym niemniej my, gracze, tracimy znakomite wydawnictwo.

Farewell, Lacerto. Dzięki za te lata.