alt

Essen 2024: kilka miesięcy później

Od ostatniego Essen minęło już nieco czasu, zatem – wzorem ubiegłego roku – postanowiłem przeprowadzić małą rewizję poznanych premier. Zapraszam na przegląd krótkich opinii o grach, w które udało mi się przez te 4 miesiące zagrać.

Nieco wstrzymywałem się z tym wpisem, bo liczyłem po cichu, że uda mi się jeszcze w lutym nadrobić kilka głośnych tytułów. Niestety sprawy osobiste sprawiły, że ostatnio gram dość mało i bez większych perspektyw przed końcem lutego, zatem uznałem, że nie ma co tego przeciągać. Za największe pominięcia uznaję SETI, Wiatrakowo Beyond the Horizon, jednak wszystkie trzy albo już są, albo wkrótce będą dostępne na polskim rynku i wtedy z pewnością postaram się zagrać. Czekam również na zapowiedziane rodzime wydania Andromeda’s EdgeCastle Combo, Magic Number Eleven, Flower Fields Babylon. Do puli „pominiętych” zaliczam też na razie nowy Dorfromantik (Sakura) oraz Władcę Pierścieni: Pojedynek o Śródziemie, będące sequelami świetnych, uznanych tytułów.

Tyle w kwestii pominięć, ale tak czy inaczej udało się zagrać w przeszło 20 (!) premier z ostatnich targów. Część z nich jest już dostępna u nas, inne czekają na wydanie, a jeszcze inne prawdopodobnie nigdy po polsku się nie ukażą. Nie powiedziałbym, że którakolwiek gra z tej listy jest absolutnym „must have”, ale wśród gier kiepskich i przeciętnych trafiło się też kilka całkiem dobrych. Nie przedłużając zatem:

Caracas

Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG

Na (niezbyt dobry) początek prosta gra kafelkowa z wydawnictwa Cwali, czyli Caracas autorstwa Corné van Moorsela. Jest to kolejna wariacja na temat Kaskadii: draftujemy kafelki i staramy się je układać tak, żeby dwutorowo punktować zarówno tereny, jak i występujące na nich zwierzęta. Trik polega natomiast na tym, że kafelek, który pobieramy, determinuje zarazem, w której kolumnie musimy dołożyć poprzedni. Zamiast zatem pobierać zestawy złożone z dwóch elementów (jak w przywołanej Kaskadii), bierzemy tylko jeden komponent, ale musimy z wyprzedzeniem planować jego ułożenie. Z pozytywnych wieści – mechanika, a w związku z tym cała gra – działa. Z negatywnych – nie jest specjalnie przyjemna, na dodatek w większym gronie (czyli nawet w 5 osób) mocno się ciągnie i nie pozwala na żadne planowanie ruchów. Caracas mnie mocno zmęczyło, bo nie oferuje nic ciekawszego, niż podobne i lepsze odeń tytuły. Do tego dochodzi przekombinowane punktowanie: w grze występuje kilka zwierząt „podstawowych”, ale prawie na co trzecim kafelku (a przynajmniej tak to zapamiętałem) dostajemy zwierzę specjalne, które punktuje zupełnie inaczej. Niestety ikonografia nie jest zbyt pomocna, a co za tym idzie, musieliśmy je za każdym razem sprawdzać w instrukcji. W 2, może 3 osoby można zagrać w Caracas i specjalnie się tym nie zmęczyć, ale moim zdaniem nie warto.

alt

Chu Han

Status: być może zagram, nie kupię
BGG

Chu Han najbardziej przypomina mi dwuosobową odmianę SCOUTA. Temat jest tutaj zupełnie nieistotny, bo w swojej istocie jest to gra o zagrywaniu silniejszych sekwensów kart od przeciwnika. Pełna rozgrywka składa się z kilku(nastu?) rozdań, w czasie których próbujemy pozbyć się kart szybciej od rywala i nie dać się zablokować. Niektóre karty oprócz wartości cyfrowych maja też specjalne zdolności, które zwiększają liczbę decyzji do podjęcia. Choć gra formalnie miała premierę na Essen, pojawiła się na naszym rynku bardzo niewiele później dzięki wydawnictwu Galakta. Mam jednak wrażenie, że przeszła nieco bez echa (być może w cieniu Ślimaków?), co może nieco dziwić, zważywszy na popularność innych karcianek Thomasa Lehmanna (np. Race for the Galaxy czy Res Arcana). Moim zdaniem to całkiem sprytna dwuosobówka, szczególnie atrakcyjna dla fanów tradycyjnych gier trick-takingowych. Nie dam sobie uciąć ręki, ale z tego co kojarzę, pudełko zawiera też różne „historyczne” scenariusze oraz (tu jestem pewien) alternatywne, mniejsze pudełko „podróżne”. Ja Chu Han mieć nie będę – za rzadko gram w tego typu gry w 2 osoby – ale dałbym się jeszcze namówić na partyjkę.

alt

Décorum: Moving Out

Status: mam i chętnie zagram
BGG

Dodatek do Décorum sprawiłem sobie jeszcze przed Essen, jako że jest to jedna z moich ulubionych gier ostatnich lat. W Moving Out się przeprowadzamy, a to oznacza szereg nowych wyzwań. Podstawowe zasady ulegają drobnym modyfikacjom, ponieważ oprócz pomieszczeń planszę współtworzą teraz pojazdy oraz kartony przeprowadzkowe. W dalszych scenariuszach – również akrylowe żetony folii bąbelkowej 😀 Powiem krótko: jeśli ktoś przeszedł całą dwuosobową kampanię w podstawce i szuka nowych wyzwań, dodatek i tak powinien kupić. 20 nowych scenariuszy to sporo, a nowe zasady sprawiają, że nawet weterani podstawki będą mieli nad czym główkować. Można oczywiście korzystać z webowej aplikacji, gdzie codziennie pojawia się nowy scenariusz do podstawki, ale są one dość proste. W Moving Out znajdziemy ciekawsze wyzwania. Z drugiej strony sporym rozczarowaniem był dla mnie fakt, że dodatek nie oferuje absolutnie niczego (!) w kwestii rozgrywek na 3 i 4 osoby. Co prawda w Décorum gram i tak zazwyczaj tylko z żoną, ale warto mieć to na uwadze, jeśli rozważacie grę głównie pod kątem większego składu. W takiej sytuacji pozostaje 10 scenariuszy z podstawki.

alt

Fischen

Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG

Jako fan zarówno trick-takingu, jak i designów Friedemanna Friese byłem bardzo ciekaw Fischen. Zagrałem i… cieszę się, że nie kupiłem, choć bawiłem się całkiem nieźle. W Fischen gra się kilkanaście rund, w trakcie których zbieramy lewy. Magia tego tytułu bierze się natomiast z tego, że zebrane karty nie tylko przynoszą nam punkty, ale także tworzą naszą rękę (i ew. talię) na kolejną rundę. A jeśli nie zebraliśmy zbyt wiele (lub zgoła nic)? Wówczas do naszej ręki „odblokowujemy” nowe, potężniejsze karty… i tak w kółko. Fischen w jednym aspekcie przypomina opus magnum Friesego, czyli Wysokie Napięcie: nieustanne balansowanie między byciem graczem prowadzącym i zbieraniem punktów, a korzystaniem z przywilejów, jakie daje mechanika catch-up, bardzo mocno premiująca „przegrywających”. Moje odczucia z gry są takie, że nie należy zbyt wiele planować, a trzeba dać się ponieść emocjom. Fischen dostarcza wiele Schadenfreude, kiedy widzimy, że mamy kiepską rękę, ale możemy podrzucić najsłabsze blotki innym graczom. Przez to, paradoksalnie, najfajniejszy nie jest moment wygrania lewy, a podkładanie świń. Po grze stwierdziłem, że jest to taki imprezowy trick-taking – bo ważniejsza niż wynik jest gra, a do ostatecznych rezultatów niespecjalnie jest sens przywiązywać uwagę. Być może się mylę i po większej liczbie partii strategia zyskuje na znaczeniu (wraz z poznawaniem kart), ale nie sądzę, żeby do nich doszło. Fischen jest oryginalne i ciekawe, ale jako gra nie sprawiła mi tyle przyjemności, żebym do niej wracał.

alt

Galileo Galilei

Status: być może zagram, nie kupię
BGG

Tomáš Holek to zdecydowanie „najgorętsze” nazwisko ostatniego Essen. Debiut w postaci trzech równoległych premier w trzech różnych wydawnictwach to ewenement sam w sobie. Co jednak istotne, wszystkie te gry (oprócz Galileo Galilei mówię o SETI oraz Herbacianym Ogrodzie) spotkały się z bardzo ciepłym przyjęciem graczy. Ja na razie zagrałem tylko w tę jedną i była bardzo w porządku. Galileo Galilei to relatywnie lekkie euro (powiedzmy, gdzieś na poziomie Zaginionej Wyspy Arnak) o badaniu nieba. Jego najciekawszymi aspektami jest swoisty rondel akcji oraz mechanika inkwizycji. Ta ostatnia sprawia, że nawet jeśli zapunktujemy wiele odkryć, ale nie zadbamy o pozbycie się inkwizytorów nadmiernie interesujących się naszymi badaniami, zostaniemy wręcz zalani ujemnymi punktami. Gra nie jest może najbardziej tematyczna i ciężko mi ją polecić zamiast wielu innych doskonałych euro, ale jest bardzo solidna. Jeśli ktoś mi zaproponuje kolejną partię, zagram z przyjemnością. Porządny tytuł, uczciwe 7/10 na BGG.

alt

Gardlings

Status: być może zagram, nie kupię
BGG

Gardlings to kolejny przykład gry, która sama w sobie jest całkiem interesująca, ale przegrywa w starciu z konkurencją. W tym przypadku z Szarlatanami z Pasikurowic/MLEM/Pradawnym LasemGardlings to kolejna wariacja na temat push your luck. Gra składa się z serii rund, w trakcie których losujemy z woreczków i składamy zakupione wcześniej kafelki. Trudność polega na tym, żeby jak najwięcej z nich do siebie pasowało, a przez połączenia na brzegach generowało klejnoty, za które kupujemy kolejne kafelki. Element push-your-luck to gnomy, których nie możemy wylosować zbyt dużo (na podobnej zasadzie, jak białego składnika w Szarlatanach). Sama rozgrywka jest całkiem przyjemna i ma jedną dużą zaletę w porównaniu do konkurencji – jest naprawdę szybka. Jakkolwiek ani MLEM, ani Szarlatani nie należą do długich gier, w Gardlings da się zagrać jeszcze szybciej, nawet w 20 minut. Tutaj rywalizują bardziej z Deep Sea Adventure Diamentami, czyli jeszcze prostszymi tytułami. Poza tym jednak gra się niespecjalnie wyróżnia, a tym, co mnie najbardziej w niej uwiera, jest szata graficzna. Pal sześć, że brzydka – ale kafelki są po prostu mało czytelne (a zawierają czasem specjalne zdolności). Szału nie stwierdzono.

Kelp

Status: chętnie zagram, być może kupię
BGG

Kelpa oceniłem wstępnie bardzo wysoko, znajdując dla niego miejsce wśród najlepszych nowości 2024 roku. Nie wiem natomiast na 100%, czy go kupię. Ceny angielskiej wersji są dla mnie zaporowe, biorąc pod uwagę fakt, że to wyłącznie dwuosobówka. Zaczekam zatem na to, jaką cenę zaproponuje nasza rodzima Galakta (świeżutka zapowiedź z dziś!). Sama gra natomiast jest bardzo ciekawym, asymetrycznym pojedynkiem ośmiornicy i rekina, trochę w stylu Mr Jacka. Jak przyznał autor, do stworzenia gry zainspirował go film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” i w rozgrywce widać, że temat był istotny przy projektowaniu. Całość trwa ok. 30-40 minut i mocno się różni w zależności od wybranej strony. Ośmiornica myli tropy i stara się zdobyć pożywienie, nie będąc złapaną przez rekina. Wykorzystany jest do tego lekki deckbuilding i system bloczków, widocznych tylko od strony ośmiornicy. Z kolei rekin używa kostek w 3 kolorach, by odkrywać ukryte bloczki, pływać i atakować. Odczucia z rozgrywki są dla obu stron diametralnie inne, ale jednocześnie nie mam poczucia, żeby któraś ze stron miała bardzo wyraźną przewagę. Chcę jeszcze na pewno w Kelpa pograć, bo pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne.

alt

Kronologic: Paris 1920

Status: mam i chętnie zagram
BGG

Nowa gra twórców Maszyny Turinga również jest grą dedukcyjną, aczkolwiek w zupełnie innym klimacie. Wcielamy się w role śledczych, którzy badają jedną z trzech zagadkowych zbrodni, które wydarzyły się w paryskiej operze. Dla każdej zagadki mamy 5 wariantów, co daje nam łącznie 15 scenariuszy – ale wydawca udostępnia kolejne w formie promek. Co więcej, na ten rok zapowiedziane są też następne tytuły z serii. Co jednak najistotniejsze, Kronologic bardzo spodobał mi się jako gra i zdążyliśmy już przejść z żoną wszystkie scenariusze podstawowe. W każdej rundzie zadajemy pytanie o jedno z miejsc lub postaci (trochę jak w Cluedo eliminując podejrzanych) i ustalamy, kiedy i/lub ile razy konkretna osoba znajdowała się w danym pomieszczeniu. Co jednak najistotniejsze, pozostali gracze również otrzymują odpowiedź na dane pytanie… ale wyłącznie częściową. Pełną informację uzyskuje jedynie aktywny gracz. Kronologic jest zatem wyścigiem o to, kto pierwszy rozwiąże zagadkę, ale jego ważnym aspektem jest uważne śledzenie tego, co odkrywają inni gracze. W porównaniu do Maszyny Turinga gra w mniejszym stopniu przypomina pasjans i jest to jej ogromna zaleta. Rozgrywka trwa też szybciej, niż W poszukiwaniu Planety X, jest mniej uciążliwa w setupie niż Niepożądani Goście i w przeciwieństwie do Kryptydy dobrze skaluje się na 2 osoby. Żeby polubić Kronologic, trzeba być fanem gatunku, natomiast w mojej opinii jest to bardzo solidny jego przedstawiciel. Polecam wszystkim fanom dedukcji.

alt

Magic Maze Tower

Status: sprzedałem, ale chętnie zagram
BGG

Magic Maze Tower całkowicie odrzuca jedno z dwóch głównych założeń serii Magic Maze. Dalej jest to gra, w której wspólnie sterujemy kilkoma pionkami i nie możemy się komunikować, ale całkowicie wyrzucone zostało ograniczenie czasowe. Magic Maze Tower to scenariuszowa łamigłówka, w której musimy przeprowadzić naszą drużynę przez coraz bardziej pogmatwane poziomy, a główny nacisk położony został na aspekt zagadki. Kolejność przemieszczania pionków ma tu ogromne znaczenie (większe, niż w oryginale), a do ukończenia scenariusza musimy wpaść na jedyne logiczne rozwiązanie i następnie je zrealizować. Fajnym pomysłem jest to, że kolejne poziomy podzielone są na „ćwiczenia” na pojedynczych kaflach mapy oraz „finał” na planszy złożonej z 4 albo nawet 8 obszarów. Jako fan serii oraz kooperacji z ograniczoną komunikacją bawiłem się przy Magic Maze Tower dobrze, ale niestety gra nie do końca spodobała się mojej żonie. Kilka poziomów przeszedłem również solo – wówczas gra jest już wyłącznie łamigłówką, niespecjalnie trudną, ale mimo wszystko na wyższych poziomach nieoczywistą. Nie spodziewam się polskiego wydania, natomiast jeśli trafi Wam się okazja zagrać, to polecam – pierwsze scenariusze są naprawdę błyskawiczne.

Mesos

Status: chętnie zagram, być może kupię
BGG

Kiedy jechaliśmy do Essen, sprawdzenie Mesos bardzo polecał mi Mateusz z BoardGameShot. Na targach zagrać się nie udało, natomiast w międzyczasie umowę na rodzimą edycję podpisało Lucky Duck Games Polska i udało mi się pożyczyć egzemplarz z biura. Mesos to dość lekkie set collection z draftowaniem kart ze wspólnej puli. Najbardziej przypomina mi 7 Cudów Świata, bo obie gry mają zbliżony poziom trudności, czas rozgrywki i stopień interakcji (porównywanie zebranych kart z innymi). Grę się łatwo tłumaczy, jest szybka i chyba w miarę nieźle się skaluje – ale tu zaznaczam, że grałem wyłącznie w 3 osoby. Może się sprawdzić jako fillerek albo lekka karcianka na wakacje.

Miasta Marzeń

Status: być może zagram, nie kupię
BGG

Miasta Marzeń to kolejna gra, która pojawiła się u nas niemal natychmiast po targach (nakładem Naszej Księgarni), tym niemniej premierę zaliczyła właśnie w Essen. Jest to kolejna kafelkowa gra Phila-Walkera Hardinga, znanego m.in. z GizmosParku Niedźwiedzi czy Lamalandu. W Miastach Marzeń budujemy swoją dzielnicę, wykorzystując do tego swoisty miks worker placementu i draftu. W każdej rundzie kolejno wysyłamy czterech robotników po 4 różne elementy: kafelek, zestaw budynków, żeton specjalny oraz kartę punktacji. Robimy to jednak na zmianę, a główna trudność polega na tym, że rynek nie uzupełnia się po każdym graczu. Im później pójdziemy po dany element, tym mniejszy będziemy mieli wybór. Bardzo prosty mechanizm, który działałby naprawdę nieźle, gdyby grze nie zabrakło odrobiny developmentu. Przeszkadzały mi w niej głównie dwa aspekty: dość niesprawiedliwa losowość (zwłaszcza na początku), która sprawiła, że niektórzy nie ze swojej winy musieli pobrać budynki, na które nie mieli miejsca w swoim mieście. Drugim problemem były dość nudne, a jednocześnie wzajemnie wykluczające się karty punktacji. Pomimo tych dwóch uwag, grało mi się bardzo przyjemnie i trochę szkoda, że te aspekty nie zostały dopracowane. Mechanicznie gra jest naprawdę fajna, prosta i wciągająca. Gdyby nie te szczegóły…

alt

Nieświadomy Umysł

Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG

Do Nieświadomego Umysłu podchodziłem nie bez uzasadnionego sceptycyzmu. Jakkolwiek temat i szata graficzna gry są świetne, przekonałem się już, że w kwestii euro wolę bardziej staroszkolne designy. Rozgrywka potwierdziła te przypuszczenia. Nieświadomy Umysł jest dość skomplikowany i oferuje bardzo dużo możliwości odpalania kaskadowych efektów, co mnie osobiście bawi umiarkowanie. Wolę gry, w których kołderka jest nieco krótsza, za to interakcja na wyższym poziomie. Fajnie rozwiązano tempo gry, którym możemy sterować – nie ma odgórnie określonej liczby rund, ale każdy wyleczony pacjent przybliża koniec rozgrywki. Między graczami zachodzi zatem wyścig o to, kto jak najszybciej zoptymalizuje swój silniczek i wykorzysta go w najlepszym stopniu. Gra wciąż utrzymuje bardzo wysoką średnią ocen na BGG (blisko 8/10), natomiast nie jest to mój typ. Bardzo niewiele eurogier o ciężkości zbliżonej do 4/5 mi się podoba i Nieświadomy Umysł nie jest wyjątkiem.

Odkrywcy Nocnego Nieba

Status: mam i chętnie zagram
BGG

Tu dla odmiany gra bardzo prosta, wdzięczna i pięknie się prezentująca. Odkrywcy Nocnego Nieba nie zrewolucjonizują rynku wykreślanek, ale jest to po prostu dobry tytuł i cieszy mnie jego bardzo dobre przyjęcie – zarówno na targach w Essen, jak i w Polsce. W każdej rundzie rysujemy jedną z dostępnych konstelacji w taki sposób, żeby zapunktować jak najwięcej odpowiednich gwiazd, ale też nie zablokować sobie zbyt wiele miejsc na planszy. Samo łączenie kropek przypomina mi nieco również świetną Następną Stację: Londyn, przy czym sam mam obie i na razie nie planuję się pozbywać. Co istotne, kupując grę, warto się zaopatrzyć w minidodatek Zodiak, który pozwala nam raz na grę zamienić rysowaną konstelację. Jest to o tyle istotne, że w podstawowej wersji gry czasem dobrana karta może nam wyjątkowo nie pasować i zepsuć humor. Jedno „koło ratunkowe” jest w takiej sytuacji miłym akcentem.

alt

Paella Park

Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG

Paella Park miałem na swojej przedessenowej wishliście z uwagi na oryginalny temat i grafikę, ale też niezwykle wysokie pierwsze oceny. Po dwukrotnym zagraniu mam jednak wrażenie, że wystawili je w znakomitej większości krewni i znajomi wydawcy. W grze wcielamy się w rolę odwiedzających park rozrywki i odwiedzamy różne atrakcje, głównie kolejki górskie. Żeby jednak zaliczyć każde miejsce, trzeba odstać swoje w kolejce, co mechanicznie przełożono na listwę czasu (znaną np. z Teb). W Paella Park zatem biegamy po wesołym miasteczku, stoimy w kolejkach i staramy się… nie zwymiotować. Tak, w grze jest taki element, co więcej, jeśli naszej postaci zrobi się niedobrze (od odwiedzania zbyt ekstremalnych atrakcji), wybieramy dowolnego innego gracza i możemy się z nim „podzielić”. Bzdurne i niesmaczne, a przede wszystkim nieuzasadnione mechanicznie. W Paella Park przyciągającym oko elementem jest diabelski młyn do kręcenia, który w praktyce mógłby być zwyczajną kostką (no, dwiema różnymi). Ogólnie gra jest dziwna, z niedookreśloną grupą docelową (za trudna dla totalnych casuali, za mało strategiczna dla graczy) i nie ratują jej ani oryginalne (tematycznie) pomysły. ani bądź co bądź ciekawa i ładna szata graficzna. Pozbyłem się i nie będę tęsknił.

alt

Power Grid: Outpost

Status: mam i chętnie zagram
BGG

Reimplementacja kultowego Wysokiego Napięcia, ale też równolegle mało znanej gry Outpost, na której wzorował się Friedemann Friese, tworząc Power Grid. W porównaniu do bardziej znanego u nas oryginału, w Power Grid: Outpost większy nacisk położono na rozbudowę swoich elektrowni i ulepszeń (w formie swoistego tableau), a mniejszy na handel surowcami. Zamiast węgla, oleju, śmieci i uranu mamy tu wyłącznie robotników, którym za to możemy budować kwatery i w ten sposób ucinać rosnące koszty. Kolejną sporą różnicą jest plansza, na której nie ma ułożonych na stałe kosztów połączeń – te losujemy przed każdą grą. Dzięki temu chociaż do dyspozycji mamy tylko jedną stronę planszy, w każdej rozgrywce wygląda ona inaczej. To, co się nie zmieniło w stosunku do Wysokiego Napięcia, to ogólne odczucia z gry. Dalej jest to w swojej istocie licytacja z bardzo ważnym elementem catch-upu i dalej kluczowe jest to, aby nie wyskakiwać zanadto przed szereg, ponieważ gra mocno premiuje „przegrywających”. Jeśli ktoś nie lubi oryginału, to raczej nie przekona się do Power Grid: Outpost, ale jest to równie dobra gra. Niestety – niezbyt ładna i mało czytelna, ale mechanicznie nie mam uwag. Czy natomiast warto mieć obie? Tu bym się zawahał i dlatego nie wykluczam, że swojego Outposta się pozbędę. Tym niemniej do każdej rozgrywki usiądę z przyjemnością.

alt

Quiet House

Status: chętnie zagram, być może kupię
BGG

Quiet House niestety rozeszło się już pierwszego dnia w Essen, ale przynajmniej powetowałem sobie tę stratę, rozgrywając szybką partię na stoisku wydawcy. Jest to kolejna kooperacja z ograniczoną komunikacją, w której jako duchy przestawiamy różne sprzęty, aby osiągnąć docelowe ułożenie. Przykładowo: w danym scenariuszu lustro musi się znajdować po lewej stronie od świecznika, ale bliżej frontu, niż zegar. Każdy z graczy widzi jednak zaledwie część tych informacji, a na dodatek nie możemy ich sobie swobodnie przekazywać. Gra nieco przypomina Décorum skrzyżowane z… szachami, bowiem każdy mebel porusza się wyłącznie w określony sposób. Było to ciekawe, choć mam przypuszczenie, że gra może się szybko stać powtarzalna. Tak czy inaczej chętnie zagrałbym przy okazji i przekonał się, jak bardzo mogę żałować, że nie kupiłem gry od razu.

alt

Refuge

Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG

Drobny przewał na liście, ponieważ w Refuge zagrałem wyłącznie online na BGA. Gra nie była jeszcze dostępna do kupienia na targach, ale polecano mi ją jako szybki i przyjemny miks bagbuildingu z push-your-luck, czyli dwóch bardzo lubianych przeze mnie mechanik. I co do tego nie mam zarzutu – faktycznie obie w grze występują, jednak przy tym zabrakło jej jakichkolwiek większych emocji. Decyzje są zbyt oczywiste, a kolejne rundy zbyt podobne i pozbawione większego sensu. Szczerze mówiąc, nawet ciężko mi określić, o czym jest ta gra – zapamiętałem tylko dość bezrefleksyjne wyciąganie kolejnych kafelków aż do momentu, kiedy wyraźnie należało spasować. Meh/10, nie czekam. A szkoda, bo ładne.

Santa’s Workshop

Status: sprzedałem, ale chętnie zagram
BGG

Nie miałem specjalnie wielkich oczekiwań, jeśli chodzi o mechanikę Santa’s Workshop. Szybkie sprawdzenie gry przed targami pozwoliło zakładać, że będzie to „tylko” kolejny worker placement. Wyróżniać miał się oczywiście tematyką i to udało się w 100%. Jakkolwiek jest to typowy sucharek o mieleniu kolorowych kosteczek w punkciki, tak dzięki pięknym komponentom i szczypcie klimatu udało się z generycznej gry zrobić coś więcej. W Santa’s Workshop mamy do dyspozycji dwa tryby – początkujący i zaawansowany – i testowałem tylko ten drugi, gdyż tryb początkujący na oko nadaje się w zasadzie wyłącznie do grania z dziećmi. Uważam, że to zresztą świetny pomysł, bo tematyka jest bardzo przyjazna, a tryb zaawansowany wymaga już trochę planowania. Zagrałem w grę krótko po świętach i było bardzo fajnie, choć nie wątpię, że gdyby nie bożonarodzeniowy nastrój, byłbym dla niej zdecydowanie bardziej surowy. Ot, pykadełko z fajnym tematem.

alt

Spectacular

Status: być może zagram, nie kupię
BGG

I jeszcze jedna gra w stylu Kaskadii, czyli obowiązkowy zestaw: kafelki, zwierzęta i jakaś wariacja na temat draftu. Tutaj jest on dość klasyczny, tj. dobieramy komponent z kursujacej między graczami planszetki i podajemy ją następnej osobie (jednocześnie dostając inny zestaw do wyboru). W naszym obszarze gry układamy natomiast heksagonalne kafelki tak, żeby zbierać jak najwięcej zwierząt, ale także budować obserwatoria tam, gdzie zbiegną się trzy identyczne wycinki koła. Wizualnie Spectacular może nieco przypominać uproszczone Zamki Burgundii – tu też oprócz drobnych heksów mamy kości i też potrzebujemy na nich różnych wyników – ale na tym podobieństwa się kończą. Szybka gierka na 20-30 minut (serio szybka – powiedziałbym, że szybsza od większości konkurencji) z kilkoma różnymi źródłami punktacji, całkiem porządna, ale „tylko” tyle. Nie mam do niej poważnych zarzutów, ale czy uważam, że trzeba ją mieć? Niekoniecznie. Z mojej kolekcji raczej nie wygryzłaby ani Ostoi, ani Calico (a i Kaskadię stawiam wyżej).

Ślimaki

Status: sprzedałem, ale chętnie zagram
BGG

Przepełniona negatywną interakcją planszowa wariacja na temat Wormsów. O Ślimakach pewnie większość osób już słyszała, bo zrobiły prawdziwą furorę w naszym kraju, a pierwszy nakład rozszedł się na pniu. Każdy z graczy przejmuje kontrolę nad oddziałem złożonym z czterech mięczaków i za pomocą rozbudowanego arsenału stara się wybić wszystkich przeciwników. Zagrałem dwukrotnie – na 3 i 4 osoby – i mogę potwierdzić wszystkie pozytywne opinie. Jest dynamicznie, jest zabawnie, gra jest przepełniona zwrotami akcji, a (przynajmniej w moim gronie) o zwycięstwo do końca biją się wszyscy. Oczywiście głównie dlatego, że z założenia warto bić lidera, a ten zmienia się co chwilę. Dzięki wysokiemu poziomowi interakcji mogę przymknąć oko na mocno niezbalansowane frakcje. Fakt, że Piraci WSZYSTKIM wydają się być bardzo mocno przegięci, w dość prosty sposób wytycza podstawowy cel dla innych graczy 😉 A czemu Ślimaki ostatecznie sprzedałem? Głównie dlatego, że – nie pierwszy raz w przypadku tej listy – mam już inne, bardziej lubiane tytuły, odpowiadające na podobne zapotrzebowanie. Ślimaki to dumny przedstawiciel gatunku, w którym mamy już Colt Express, Robo RallyDeath Roads, Survive czy (jak się spodziewam) nadchodzące Thunder Road: Vendetta. Wszystkie te gry są bardzo emocjonujące i wciągające – nie wyłączając Ślimaków – i każdą mogę spokojnie polecić fanom negatywnej interakcji. W każdą też z przyjemnością zagram.

alt

The Vibe

Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG

Na koniec tytuł bardzo niszowy, a kupiony jako prezent dla żony, gdyż autor – Jakob Jaskov – zrobił też bardzo przez nią lubiane Fog of Love aka W Oparach MiłościThe Vibe to nieco „dixitowa” gierka z prawdziwymi obrazami, za pomocą których jeden z graczy pokazuje innym wybraną przez siebie emocję. 5 losowych obrazów układamy w rzędzie od najmniej do najbardziej pasującego, a pozostali gracze wspólnie głowią się, o co nam chodziło. Nie ma tu zbyt wiele „gry”, jest to raczej aktywność towarzyska, a liczenie punktów nie ma wiele sensu. Wyobrażam sobie, że można The Vibe wykorzystać na różnego rodzaju warsztatach, ale raczej nie będę go zabierał na imprezę ze znajomymi. Ciekawostka i tylko tyle.

Podsumowując…

…zagrałem już w 21 gier, które mniej lub bardziej pasują do kategorii „premiery Essen 2025”. Jakkolwiek np. Kelp czy Kronologic: Paris 1920 całkiem mi się podobają, ogólnie przegląd nowości wyszedł co najwyżej średnio. Żadnego oczywistego hitu, sporo średniaków lub wręcz rozczarowań. Pozostaje liczyć, że odkryję jeszcze jakieś perełki w dotychczas niezagranych tytułach (SETI, patrzę na Ciebie!). Liczę na to, że nadchodzące w 2025 targi będą zdecydowanie lepsze.