Free Ride. Wsiąść do (zielonego) pociągu
Wsiąść do pociągu to absolutny klasyk, w który – jak przypuszczam – grała kiedyś znakomita większość osób, które trafiły na tego bloga. Zdecydowanie jednak mniej osób zna bohatera dzisiejszego tekstu – Free Ride. Zapraszam zatem na recenzję pt. „co by było, gdyby Alan R. Moon był Niemcem”.
Kiedyś wymyśliłem sobie, że od czasu do czasu będę na blogu publikował tzw. recenzje porównawcze. Czyli: na tapet biorę dwa podobne tytuły i oceniam, który z nich jest pod różnymi względami lepszy. Na razie wciąż się za taką nie zabrałem, ale poniższy tekst jest swego rodzaju namiastką tego typu recenzji. Namiastką, bo uznałem, że w 2025 roku recenzowanie Wsiąść do pociągu absolutnie mija się z celem. Skupiłem się zatem na drugiej grze, zdecydowanie młodszej i mniej rozpoznawalnej. Tym niemniej, pewne porównania w tekście się pojawią. Jeśli ktoś z czytelników uważa, że takie teksty to dobry pomysł – będę wdzięczny za komentarz, wiadomość, lajka 😉
Autorem Free Ride (aka Freie Fahrt) jest nie kto inny, a Friedemann Friese. Znany przede wszystkim z Wysokiego Napięcia zielonowłosy projektant tym razem stworzył grę niemalże familijną, która – jak będę starał się Was przekonać – spokojnie może w wielu aspektach rywalizować z kultowym Wsiąść do pociągu. W czym jednak tkwi siła każdej z tych gier i jak to się stało, że Free Ride nie może się mierzyć w kategorii popularności z grą Alana R. Moona?
Jaka piękna katastrofa
Na zadane powyżej pytanie częściowo odpowiada aspekt wizualny. Mówiąc brutalnie, współczesnego gracza, rozpieszczonego przez edycje deluxe, wygląd Free Ride może boleśnie rozczarować. W pudełku znajdziemy planszę, kilka tekturowych planszetek i stos kart, wszystko w wyblakłej, szarozielonej tonacji. Tę monotonię przełamują do pewnego stopnia kolorowe drewienka, jednak całość jest i tak bardzo stonowana. Być może niektórym spodoba się to nawet bardziej, niż pstrokate Wsiąść do pociągu, ale paleta barw w Free Ride prowadzi do poważnych utrudnień w rozgrywce. O tym jednak za chwilę.
Instrukcje od 2F-Spiele nie są może najgorsze, ale też nie nazwałbym ich wybitnymi. Na szczęście Free Ride jest na tyle proste, że zasady nie powinny budzić żadnych wątpliwości. Było to dla mnie o tyle zaskakujące, że choć Friedemann raczej nie przekombinowuje z mechanikami, większość jego tytułów jest jednak ciut bardziej skomplikowana. Tutaj nie przekraczamy poziomu najlżejszych znanych mi gier Friesego – Owocowych Opowieści i Fast Sloths.
Trasa
Pozwolę sobie zatem streścić całe zasady. Gracze ruszają się naprzemiennie, budując trasy kolejowe i realizując połączenia. W tym celu w trakcie naszej tury mamy do wyboru trzy opcje:
- zbudowanie 2 odcinków trasy
- przejazd pociągiem po już zbudowanej trasie (do 2 miast)
- pobranie 5 nowych torów
Ostatnią z akcji można również wykonać „za darmo” (bez tracenia tury), płacąc jedną monetkę. I powiem szczerze – do tej pory zdarzyło mi się tylko raz „zmarnować” turę na pobieranie nowych torów. Akcje w grze są na tyle szybkie, a rozgrywka dynamiczna, że zazwyczaj szkoda na to czasu.
Budowanie torów wygląda bowiem tak prosto, jak tylko się da. Bierzemy dwa drewniane klocki i umieszczamy na wolnej trasie lub trasach (ew. jeden, jeżeli budujemy prom lub tunel, wyraźnie zaznaczone na mapie). Nie potrzeba do tego żadnych kart, zajmowania określonej pozycji, sąsiadowania – mamy tu niemal absolutną swobodę. Jedynym ograniczeniem jest fakt, że nie można zacząć nowej budowy, dopóki nie dokończy się poprzedniej. Sporo tras składa się przy tym tylko z jednego odcinka, a mało która przekracza trzy, więc to relatywnie niewielki problem. Ważne natomiast, by zbudowaną przez siebie trasę oznaczyć kolorowym drewienkiem w naszym kolorze.
Pociąg
Samo budowanie tras to nie wszystko. W grze będziemy się również poruszać naszym pionkiem – lokomotywą. Jest to z całą pewnością jedna z głównych różnic w stosunku do Wsiąść do pociągu. Skoro bowiem we Free Ride nie ma żadnych utrudnień w budowaniu połączeń, wyzwanie musiało pojawić się gdzieś indziej. Żeby zdobyć punkty w grze, będziemy realizować zadania. W tym celu musimy dojechać pionkiem po zbudowanych trasach do miasta A, wziąć dwie z trzech kart składających się na „bilet”, a potem przemieścić się do miasta B. Tutaj pojawia się druga kolosalna różnica w stosunku do Wsiąść do pociągu. Otóż możemy korzystać z tras innych graczy! Niestety (?) nie za darmo – aby przejechać torami zbudowanymi przez rywala, musimy mu zapłacić monetkę. Po skorzystaniu z cudzej trasy zdejmujemy też znacznik w kolorze jej właściciela z planszy i od tej pory trasa jest darmowa dla wszystkich graczy.
Bilety
No dobrze, wiecie już, że we Free Ride budujemy trasy i jeździmy ciuchcią po planszy. By wygrać, musimy jeszcze zdobywać punkty. Pochodzą one z dwóch źródeł. Po pierwsze, monety – zużywamy je w trakcie gry na pobieranie torów i korzystanie cudzych tras, ale też zarabiamy, dojeżdżając do najodleglejszych zakątków mapy oraz zawsze wtedy, kiedy inna osoba skorzysta z naszych połączeń. Za każdą monetę na koniec gry dostaniemy 3 punkty, a to dosyć sporo (mimo faktu, że wyniki końcowe spokojnie przekraczają 100 pkt).
Jeszcze ważniejszym źródłem punktów są bilety. Tu dochodzimy do najciekawszego aspektu Free Ride. Na rynku mamy zawsze dostępne 6 różnych zestawów, złożonych z 3 kart miast. Każdy zestaw to dwa warianty biletu: z miasta górnego do środkowego lub ze środkowego do dolnego. Nie można przy tym zmieniać kolejności kart! Dla przykładu: jeśli na rynku pojawi się zestaw Barcelona/Warszawa/Ateny, to można taki bilet zrealizować tylko na 2 sposoby. Wersja pierwsza: pobrać go w Barcelonie i wytyczyć sobie cel na Warszawę (odrzucając Ateny). Wersja druga: start z Warszawy, meta w Atenach, Barcelona wypada z gry. System kart jest tak skonstruowany, że nigdy dwa miasta nie mogą pojawić się w jednym zestawie, a każda karta występuje w 3 kopiach, rozdysponowanych między 3 osobne stosy.
Wrażenia
Gra podzielona jest na 3 etapy, odmierzane stosami kart. Gra się do końca talii, zatem za każdym razem (chcąc nie chcąc) zrealizujemy większość zadań. Konstrukcja talii i genialny w swojej prostocie system tworzenia się biletów sprawia przy tym, że każda rozgrywka wygląda inaczej. Oczywiście wciąż mówimy tu o grze na poziomie Wsiąść do pociągu, więc ciężko mówić o różnorodnych strategiach. We Free Ride nie ma natomiast „lepszych” i „gorszych” tras, bo wszystko zależy od tego, w jakiej kolejności ułożą się karty.
Tym, co jednak podoba mi się najbardziej, jest sympatyczna, wyraźna interakcja pomiędzy graczami. Jakkolwiek można celowo „wepchnąć” się komuś z budową w środek trasy, ominięcie lub proste zapłacenie za skorzystanie z cudzych torów jest bardzo łatwe. Gra daje silne poczucie rozwoju i satysfakcji, nie generując przy tym specjalnie negatywnych emocji. Nie może wydarzyć się sytuacja, w której szykujesz się przez kilka rund na zbudowanie jednego połączenia i się spóźnisz. Jeśli ktoś inny je zbuduje – tym lepiej, nie musisz poświęcać cennych tur i torów na budowę. Na mapie nie ma też żadnych „ślepych zaułków” (ech, Vancouver…). Nigdy nie zdarzy się sytuacja, w której nie będziemy mogli w ogóle zrealizować celu. A, no i nie ma też karnych punktów.
Free Ride zmusza do podjęcia kilku istotnych decyzji z uwagi na punktację. Każde odwiedzone w ramach biletu miasto jest warte 5 punktów, ale kolejne kopie danej karty opłacają się już mniej – dają tylko po 2 punkty. Co więcej, po wyczerpaniu talii można spasować tuż po zrealizowaniu swojego ostatniego biletu. Wówczas kończymy grę, zdejmujemy swoją lokomotywę i od tej pory otrzymujemy po monecie za każdą dodatkową rundę, którą wykonają inni gracze. Trzeba więc dobrze przemyśleć ostatnie ruchy. Te wszystkie detale sprawiają, że nie zawsze opłaca się brać bilet tylko dlatego, że jesteśmy już blisko startowego miasta. Jeżeli potencjalna trasa jest zbyt długa, warto odpuścić.
Milusio jest, po koleżeńsku
Free Ride jest grą bardzo szybką. Tury są absolutnie błyskawiczne, bo przemieszczenie się o 2-3 pola pociągiem czy położenie 2 torów nie wymaga zbyt długich namysłów. Z drugiej strony planujemy ruchy w oparciu o posiadane i dostępne bilety, więc zazwyczaj ma się w głowie gotowe 2-3 kolejki do przodu. Oczywiście trzeba przy tym uwzględniać pozostałych graczy. Nigdy nie następuje jednak sytuacja, że zostajemy znienacka zaskoczeni ruchem, który psuje nam wszystko. Najwięcej negatywnych emocji może wzbudzić zabranie komuś biletu sprzed nosa, ale taką możliwość zawsze widać na planszy i trzeba po prostu brać ją pod uwagę. Jednocześnie rynek jest na tyle duży, że zawsze możemy przeskoczyć na plan B lub C.
Free Ride idealnie wpasowuje się w niszę gier, jakie lubię: niepozbawionych interakcji, ale mało agresywnych. Zachowując proporcje, przypomina mi nieco Hansę Teutonicę, czyli zdecydowanie cięższą, ale również „pozytywnie interaktywną” grę z budowaniem połączeń. Inne skojarzenie to Concordia. Free Ride jest z tych tytułów zdecydowanie najlżejszy, ale jednocześnie wystarczająco satysfakcjonujący. Przy bardzo prostych, przyjaznych zasadach nie daje mi poczucia, że gra jest zbyt banalna. Nie, tu wciąż są wybory i optymalizacja, natomiast nie trzeba się specjalnie wysilać, by się dobrze bawić. I tak jak wciąż uważam Wsiąść do pociągu za rewelacyjną grę dla początkujących, tak ja jako gracz, chcąc zagrać w coś lekkiego, prędzej obecnie wybiorę właśnie Free Ride.
…albo i bez kolegów
We Free Ride można grać maksymalnie w 5 osób. Chyba najlepiej bawiłem się w składzie czteroosobowym, ale różnice są naprawdę minimalne. Dzięki temu, że ruchy graczy są błyskawiczne, a czas rozgrywki wyznacza (niezmienna) talia biletów, skalowanie jest bardzo dobre. Free Ride ma również wariant solo (co zresztą po raz kolejny różni ją od Wsiąść do pociągu). Grając samemu, musimy zrealizować wszystkie bilety w jak najmniejszej liczbie ruchów. Z talii wyrzucamy też 1/3 kart, zostawiając po 2 kopie każdego miasta, przy czym druga karta nie daje nam już żadnych punktów. Liczbę rund w tym wariancie odmierzamy, wydając monetę za każdy ruch.
Free Ride w wersji solowej budzi we mnie sprzeczne uczucia. Co bardzo istotne, jest to niezwykle przyjemna łamigłówka optymalizacyjna. Samo zrealizowanie wszystkich biletów przeważnie nie jest trudne, ale mimo wszystko wymaga odpowiedniego planowania. Z drugiej strony w instrukcji zawarto tabelkę do porównania swoich osiągnięć i jest ona dla mnie trudna do zaakceptowania. Ze względu na specyfikę punktacji, osiągnięcie dobrego wyniku jest w zasadzie niewykonalne, jeśli nie zgarniemy biletu za (prawie) każde miasto. Niestety w 9 na 10 gier taką możliwość zablokuje nam los. Jeśli w pierwszym etapie odrzucę np. Rostów i Berlin, a pod koniec gry z talii wyciągnę zestaw, w którym oba te miasta będą na pierwszym i trzecim miejscu, to tracę szansę na zapunktowanie jednego z nich. Nie jest to sytuacja, na którą mam wpływ, a tabela potencjalnych wyników jest wyśrubowana do granic.
Z jednej strony daje to poczucie wyzwania… ale z drugiej choćbym perfekcyjnie rozplanował ruchy, gra może mi powiedzieć (pod sam koniec!), że nie osiągnę maksymalnego wyniku, bo nie. Dlatego też choć wracam do solowego wariantu Free Ride zaskakująco często, za każdym razem pozostaje niedosyt. Wydaje mi się, że punktacja jest po prostu nie do końca przemyślana. Gdyby nie to, wariant solo uznałbym za wzorowy.
Grafik płakał i my płaczemy
Jeśli chodzi o samą rozgrywkę, Free Ride ma dla mnie ten dyskretny błysk geniuszu, który w prostych zasadach zamyka bardzo fajny tytuł. Niestety na tego typu produkt składa się więcej elementów, niż tylko reguły i przebieg rozgrywki. Jak już wspominałem, gra jest – eufemistycznie ujmując – kontrowersyjna wizualnie. I o ile można przymknąć oko na mało urodziwe ilustracje, o tyle z tak fatalnym UI/UX się już dawno w planszówkach nie spotkałem. Śmiertelnym grzechem Free Ride jest to, co jest również jej siłą, czyli bilety. Ponieważ mapa nie jest w żaden sposób podzielona na regiony, a miasta nie mają żadnych oznaczeń, szukanie ich to droga przez mękę. Nawet doskonała znajomość geografii nie pomoże, jeśli szukając najlepszego biletu, musimy przeskanować wzrokiem 18 kart i zlokalizować wszystkie miasta na dużej mapie, uwzględniając jeszcze które z nich są potencjalnie startowe, a które docelowe.
Ja wiele rozumiem i nawet szanuję konsekwencję Friesego w wielu aspektach. Gra może mienić się wszystkimi odcieniami zieleni, ale to, co odstawił tu grafik – a zaakceptował wydawca (czyli zapewne sam Friese) – jest nie do przyjęcia. Nie po raz pierwszy i nie ostatni, bo na beznadziejny UI skarżyłem się również np. przy nowym Power Grid: Outpost. W przypadku Free Ride refleksja (lub po prostu feedback od graczy) zresztą w końcu przyszły, niestety ciut za późno. Dzięki temu w sequelu – Free Ride: USA – miasta mają przynajmniej oznaczenia kolorystyczne. Niby to niewiele, ale ja serio się zastanawiam, czy nie pomazać kart i planszy do swojej „europejskiej” wersji flamastrami.
Free Ride vs Wsiąść do Pociągu
Przez cały tekst przewijają się porównania obu gier, czas zatem krótko wypunktować różnice i przewagi każdej z nich. Wsiąść do Pociągu jest bezapelacyjnie ładniejsze, łatwe do przyswojenia, ma krótszy czas rozgrywki i milion dodatków. Free Ride jest dla mnie za to nieco świeższe, mniej frustrujące i mimo bardzo zbliżonego poziomu trudności bardziej „gejmerskie”. Nie jestem w stanie jednoznacznie tego wytłumaczyć, ale odnoszę wrażenie, że o ile początkującym wciąż polecałbym Wsiąść do pociągu, o tyle bardziej zaawansowanym graczom (szukającym prostego tytułu do uzupełnienia kolekcji) podsuwałbym raczej Free Ride. Dodatkowym plusem jest sprytny wariant solo, choć poważnie rozważyłbym zastosowanie własnych zasad punktacji.
Z mojej perspektywy Free Ride to jedna z bardziej udanych gier Friesego. Nie jest to Wysokie Napięcie, ale podoba mi się bardziej, niż np. Fast Sloths. Uważam, że gdyby nie naprawdę beznadziejna kolorystyka i relatywnie wysoka cena, mógłby to być duży hit. Oczywiście Wsiąść do pociągu nie zostałoby zdetronizowane, ma wszak za sobą lata zasłużonej obecności na rynku, ale jest to ciekawa alternatywa. Jeśli lubicie proste, ale przyjemne gierki – i nie boicie się oczopląsu – zagrajcie we Free Ride.
Zalety:
- przyjemna, satysfakcjonująca rozgrywka
- proste zasady
- regrywalność
- skalowanie
Wady:
- czytelność, donnerwetter!
- …ale i estetyka
- dość niska dostępność i wysoka cena
Końcowa ocena:
Free Ride to bardzo przyjemna, lekka gierka, w którą w mojej ocenie warto zagrać. Myślę, że nawet jeśli nie stanie się Waszą ulubioną grą, nie powinna Was rozczarować. Jeśli będziecie mieli okazję – spróbujcie i nie zrażajcie się jej wyglądem.











