Dreams

Płakał, jak sprzedawał. Top 10 gier, których już nie mam

Przez kilkanaście lat grania i zbierania przez moją kolekcję przewinęło się kilkaset tytułów. Część z nich – również naprawdę niezłych – w pewnym momencie przestała się mieścić na półce. Paradoksalnie zdarzało mi się pozbywać gier lepszych niż te, które sobie zostawiałem – z różnych powodów. Zmęczenie intensywnym graniem, niewytłumaczalny impuls przy tworzeniu list na MatHandel, czasem jeszcze coś innego.

Inna sprawa, że niemało moich gier trafiło do znajomych, więc wiem, z kim mogę zagrać, jak mnie najdzie na nie ochota. Mimo to ostatnio zatęskniłem za rozgrywką w kilka tytułów, do których nie mam dostępu na co dzień. Zapraszam zatem na listę 10 gier, które z kolekcji wyleciały, ale wciąż z przyjemnością (być może większą, niż kiedyś) bym do nich usiadł. Ale najpierw…

Wspomnienia honorowe

W tej kategorii kilka gier, których pozbycia się z różnych powodów nie mogę żałować – mimo, że są świetne i chętnie w nie zagram. Przede wszystkim warto wspomnieć o serii Unlock (i w mniejszym zakresie EXIT), czyli pudełkowych escape roomach. Z oczywistych względów nie zagram więcej w te same scenariusze, natomiast ostatnio dokupiłem kolejne 3 pudła, a kolejne przygody wciąż potrafią mnie zaskoczyć. Drugim przykładem są Zakazane Gwiazdy, które z kolei były w mojej kolekcji czasowo (egzemplarz recenzencki) i po prostu nie zdecydowałem się ich wykupić. W tamtym momencie wydanie 300 zł na grę było dla mnie zbyt dużym wydatkiem, a zdawałem sobie sprawę, że nie jest to tytuł, do którego będę miał okazję często zasiadać. Z perspektywy czasu wiem, że mogłem to potraktować jako inwestycję, a przy okazji jeszcze pograć… ale nie przewidziałem, że Zakazane Gwiazdy tak szybko staną się białym krukiem.

Top 10 gier

Kolejnym przykładem jest prosta imprezówka Pic na wodę!, która moim zdaniem przeszła bez echa i kompletnie niedoceniona. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to szczyt myśli projektanckiej, ale swego czasu uwielbiałem w nią grać i zabierałem na każdy wyjazd. Po zagraniu kilkudziesięciu partii zostawiłem ją po prostu w siedzibie mojego byłego zespołu w szafce z grami – i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś komuś posłuży. Z kolei w Sagradę grałem w zeszłym roku tak dużo, że trochę mi się przejadła. Tym niemniej nie planowałem się jej pozbywać – natomiast została pewnego razu u osoby, z którą urwał mi się kontakt. Mam nadzieję, że mój egzemplarz komuś jeszcze posłużył, a ja w takim razie pewnie i tak kupię drugi przy okazji dodruku. W tym przypadku zatem nie żałuję, bo po prostu będę ją wkrótce miał ponownie.

 

Ostatnią wzmianką są Zamki Burgundii, w które dla odmiany nie bardzo miałem z kim grać. Sprzedałem je pod wpływem impulsu – znajoma kupowała mnie coś innego i zapytała przy okazji o Zamki – i się zgodziłem. Odkryłem jednak, że na boiteajeux.net jest ich świetna implementacja online – i od tego czasu zagrałem tam tyle partii, że żal po fizycznym egzemplarzu minął.

A teraz czas na właściwą topkę. Na ostatnim miejscu…

10. Aura

Aura

Pierwsza, ale niejedyna gra z tej listy, którą recenzowałem dla Board Times. Tak jak w przypadku pozostałych – intensywne ogrywanie pod kątem napisania recenzji sprawiło, że Aura troszkę mi się przejadła. Tym niemniej jest to przepiękna, a przy tym prosta i dość oryginalna gra o niebanalnej tematyce. Gdyby ktoś mnie zapytał o „euro z klimatem”, to w nocy o północy odpowiem „Aura„. Nie tylko z powodu „pogodowej” tematyki – tu po prostu mechanika świetnie współgra z treścią. Skraplanie się deszczu, tworzenie burzowych chmur, karty pogody – wszystko to daje unikalne, niepodrabialne odczucia. Dodatkową zaletą jest fakt, że się świetnie skaluje – jak mało która gra z area control dobrze działa na 2 osoby. Dodatek (Kwiatki) nie był już niestety zbyt wybitny, ale gdyby Aura wciąż była na mojej półce, trafiałaby czasem na stół.

9. Filary Ziemi

Filary Ziemi

Jedna z pierwszych pozycji w mojej kolekcji. Choć nie czytałem powieści Kena Folleta, na bazie której powstała gra, to bardzo mi się podobał i temat, i mechanika. Byłem wówczas na etapie zachwytu Osadnikami z Catanu Filary Ziemi pokazały mi, jak wiele jeszcze nie wiem o planszówkach. Był to zresztą mój pierwszy worker placement, a tę mechanikę lubię i szanuję do dziś. W Filarach Ziemi absolutnie rewelacyjna była też szata graficzna – plansza autorstwa Michaela Menzla to prawdziwy majstersztyk. Gra miała jedną poważną, odkrytą z czasem wadę: niską regrywalność. Z tego co pamiętam, to w każdej partii wchodziły wszystkie karty, tylko w różnej kolejności. Przez to już przeszło 10 lat temu czułem, że nie jest to coś, w co będę grał regularnie. Gra jest obecnie niestety słabo dostępna, a i ja trochę się boję zniszczenia wspomnień przez powrót do przeszłości – tym niemniej Filary Ziemi mają specjalne miejsce w moich planszówkowych wspomnieniach. Tym bardziej, że to też od nich zaczęła się moja miłość do gier z losowaniem z woreczka.

8. Tytus, Romek i A’Tomek (aka Dream Factory/Traumfabrik)

Tytus Romek i A'Tomek

Druga gra, którą recenzowałem i potem sprzedałem. Niesłusznie, gdyż w swojej (rodzinnej) kategorii to fantastyczna gra licytacyjna. Owszem, to trzeba lubić, a wówczas nie miałem wśród współgraczy entuzjastów licytacji, ale mechanicznie ten tytuł to perełka. Polska wersja miała na dodatek ilustracje z komiksów Papcia Chmiela, co dodawało jej kolorytu. Miałem też jednak okazję zagrać w oryginał, w którym tworzyło się filmy, i wrażenia były równie pozytywne. Z pewnością jest to jedna z moich ulubionych gier zaprojektowanych przez Reinera Knizię. O Tytusie, Romku i A’Tomku przypomniałem sobie ostatnio w związku ze śmiercią Papcia Chmiela i mam silne postanowienie zagrać w nią w tym roku, a może i odkupić.

7. Nothing Personal

Nothing Personal

I jeszcze jedna gra, którą recenzowałem, po czym stwierdziłem, że nie mam z kim grać i chwilowo mam przesyt. Tym niemniej Nothing Personal to chyba najlepsza gra gangsterska, jaka trafiła w moje ręce. Klimat mafijny wprost się z niej wylewał i zostały mi po niej dużo lepsze wspomnienia, niż po choćby La Cosa Nostra. Dodatkowo gra była wydana wprost re-we-la-cyj-nie, a sygnet dla capo di tutti capi to już w ogóle była wisienka na torcie. Jednocześnie mimo „lekkiej” szaty graficznej rozgrywka w Nothing Personal była na tyle intensywna, że też zaszufladkowałem ją „na specjalne okazje”. Najbardziej mnie zaś smuci, że wymieniłem ją na MatHandlu na Godfathera, od którego bardzo się odbiłem i błyskawicznie sprzedałem.

6. Ucieczka: Świątynia Zagłady

Ucieczka Świątynia Zagłady

Jedna z najbardziej emocjonujących gier, jakie przewinęły się przez moją kolekcję – i moje pierwsze zetknięcie z planszówkami real-time. Po jednej z rozgrywek kolega odmówił kolejnej partii z rzędu, bo poddał w wątpliwość, czy nie dostanie zawału. Dziesięciominutowa turlanka ze stresogenną ścieżką dźwiękową, na którą potrafiliśmy poświęcić pół wieczoru. Wszystkie rozgrywki w Ucieczkę: Świątynię Zagłady wspominam niezwykle ciepło. Jedyną jej wadą była w zasadzie… prostota, kiedy już nauczyliśmy się optymalnego grania. Przy obcykanych graczach rzuty kośćmi musiały być naprawdę fatalne, żeby się nie udało wyjść. Ucieczkę z mojej kolekcji wypchnęło FUSE, które uważam za minimalnie lepszą i o wiele bardziej pakowną grę. Tym niemniej jeśli chodzi o swoisty klimat, wolałem uciekać z walącej się świątyni, niż rozbrajać bomby. A potem nadeszły Space Alert Magic Maze

5. Brzdęk!

Brzdęk

Powiew świeżości, jakiego potrzebowałem po minięciu pierwszych zachwytów nad mechaniką deck-buildingu. Świetny klimat (bierz skarby i chodu!), sporo losowości, ale i zabawa w zoptymalizowanie swojej talii… no i woreczek! Brzdęk ma wszystkie cechy, żeby zostać moją ulubioną grą, ale jakichś szczegółów zabrakło. Po kilku sytuacjach, w których wybierałem za każdym razem coś innego, gra poszła dalej. Tym niemniej do rozgrywki namawiać mnie nie trzeba, a mój egzemplarz poszedł w dobre (bo znajome) ręce. W związku z posiadaniem co najmniej dwóch ekip, które Brzdęka mają i lubią, przynajmniej wiem, gdzie uderzać w sprawie partyjki. A na półkę na 99% trafi wersja legacy – na którą bardzo liczę, bo sam schemat rozgrywki jest po prostu świetny.

4. Alchemicy

Alchemicy

Gra, nad sprzedażą której bardzo się łamałem. Bardzo fajny i oryginalny system dedukcji został tu wpleciony w sprawnie działające euro z silnie zarysowanym tematem. Tak jak już kiedyś pisałem, w Alchemikach brakowało mi pewnej elegancji, ale prawie każda rozgrywka dostarczała mnóstwo frajdy. No właśnie – prawie każda. Niestety największym problemem Alchemików jest podatność na całkowite zepsucie sobie rozgrywki. Teoretycznie przy właściwym notowaniu nie powinno się to zdarzać, ale pamiętam dwie partie, podczas których jedna osoba źle zaznaczyła alchemony w swoich notatkach. W przypadku tej gry właściwie oznacza to całkowite pozbawienie szans na zwycięstwo. Bardzo chciałem sobie zostawić Alchemików, ale z uwagi na dość wysoki poziom ciężkości i podatność na błędy wylecieli z kolekcji. Ale może uda się niebawem zagrać…

3. Wyspa Skarbów: Złoto Johna Silvera

Wyspa Skarbów

Gra w zasadzie niemożliwa do sklasyfikowania. Najprościej nazwać ją grą dedukcyjną, ale jest to kompletnie coś innego, niż takie klasyki jak P.I., Cryptid czy nawet Master Mind. W Wyspie Skarbów nie ma podziału na pola na planszy, bazgrzemy po niej flamastrami, rysujemy kółeczka – coś zupełnie niepodrabialnego. Nie do końca umiem sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego się jej pozbyłem. Prawdopodobnie wynikało to z dużej liczby partii w krótkim czasie, a regrywalność jest tu bardzo specyficzna. Kompletnie inaczej gra się tytułowym Johnem Silverem, a inaczej pozostałymi piratami. Wyspa Skarbów dostarcza jednak niepowtarzalnych doświadczeń i trochę mi szkoda, że się relatywnie słabo przyjęła. Jeżeli macie okazję, to polecam spróbować – przygotowanie i tłumaczenie zasad może być lekko upierdliwe, ale rozgrywka Wam to wynagrodzi.

2. Panic on Wall Street

Panic on Wall Street

Imprezówka, która się nie nadaje na imprezę. Jest zbyt absorbująca i ma zbyt „poważny” temat, żeby potraktować ją jako filler, ale wymyka się definicjom. Panic on Wall Street to w zasadzie symulator giełdy w krzywym zwierciadle – gdzie każdy chce jak najszybciej tanio kupić, drogo sprzedać. W tej grze maklerzy i inwestorzy muszą negocjować pod presją czasu, a do tego analizować ryzyko utopienia kasy. Fenomenalna gra, dość mało znana, a wprost idealnie oddająca to, czego się po niej spodziewałem. Gra, którą sprzedałem pod wpływem impulsu, stwierdziwszy, że w sumie i tak nie wiem, z kim w nią grać. Panic on Wall Street to jednak fantastyczny tytuł i jak ktoś mi zaproponuje, to nie zawaham się ani chwili. Pewną namiastkę tych emocji można poczuć w Bankrucie, ale to jednak nie to samo.

1. Dreams

Dreams

Na miejscu pierwszym ponownie gra, którą recenzowałem i nie wiem, co mi się stało, że się jej pozbyłem. W 2016 roku byłem w Essen i na prośbę naczelnego Board Times przywiozłem cały pakiet tytułów do recenzji. Po przejrzeniu ich, poprosiłem o Dreams, choć o grze wcześniej nie słyszałem ani słowa. Krzyżuje ona Dixita Mamy Szpiega, na dodatek dorzucając… układanie gwiazdozbiorów na mapie nieba. Fantastyczne, unikalne doświadczenie, które podobało się prawie wszystkim, którym pokazałem Dreams. Gra nie była rewelacyjnie wydana (karty odstawałem poziomem od Dixita, a kółeczka do głosowania się rozpadały), ale nie przeszkadzało to zbytnio w świetnej zabawie. Zepsuć rozgrywkę mogła natomiast jedna osoba, która nie poczuła, o co chodzi. Jak rzadko kiedy taki gracz całkowicie psuje grę wszystkim (podobnie zresztą, jak w Mamy Szpiega). Tym niemniej Dreams pozostaje tytułem, którego zniknięcia z kolekcji żałują zdecydowanie najbardziej.

Oczywiście część z wymienionych tytułów mogłaby łatwo trafić z powrotem do kolekcji. Problem w tym, że… nie miałyby w niej stałego miejsca. O niektórych pewnie też lepiej zachować dobre wspomnienia, niż wracać po latach.