Nietopkowe podsumowanie 2025 roku

W tym roku łamię swój dotychczasowy zwyczaj i nie wrzucę topki gier poznanych w 2025. Powód jest prozaiczny – mimo zagrania w wieeele nowości, nie jestem w stanie uczciwie wytypować tylu tytułów, które zrobiłyby na mnie większe wrażenie. Tym niemniej mam garść refleksji, którymi chciałbym podsumować miniony rok.

W ostatnich latach narzucałem sobie wyzwanie polegające na zagraniu w 200 różnych gier w przeciągu roku. Nie podchodziłem do niego bardzo radykalnie, ale w 2024 roku ta bariera została złamana – co sprawiło, że w tym roku już zupełnie odpuściłem. Koniec końców i tak stanęło na ~170 różnych tytułach, z czego ponad połowę  stanowiły nowości. Imponująco wygląda liczba rozgrywek – nie zawsze licząc partie solo, a już na pewno nie licząc prototypów, wyszło ich ~625. Prawie połowę stanowiła jednak Lorcana, a tylko w pięć innych gier zagrałem więcej, niż 10 razy. Z całą pewnością są to liczby robiące wrażenie, aczkolwiek mało było tak naprawdę wielogodzinnych rozgrywek w ciężkie tytuły i patrząc na rozmaite podsumowania miesiąca na forum, nie wydaje mi się, żebym się chociaż zbliżał do rekordzistów. I chociaż niewiele było naprawdę ogromnych rozczarowań, wiele z tych rozgrywek pozostawiło we mnie zaledwie mgliste, letnie wspomnienia.

Pozytywy 2025 roku

W koopach siła

Jak już wspomniałem na wstępie, niewiele tegorocznych nowości wywołało we mnie większy entuzjazm. Kiedy jednak podjąłem próbę wynotowania swojej topki, zauważyłem, że zdecydowanie dominowały w niej kooperacje. Wysokie oczekiwania spełnił np. Nowy Świt, świetny tableau builder od Matta Leacocka, który W KOŃCU nie jest kolejną iteracją Pandemica. Nie zrozumcie mnie źle – kocham całą tę serię, nie mogę się doczekać wypróbowania np. powszechnie chwalonego Losu Drużyny Pierścienia, ale Nowy Świt był dla mnie powiewem mechanicznej świeżości, której potrzebowałem. Gra jest przy tym świetnie wydana – jako że jej tematem jest redukcja emisji CO2 i ekologiczny rozwój, nie zawiera plastiku (nawet woreczków strunowych), a przy tym ma bardzo konsekwentną i (dla mnie) estetycznie przyjemną szatę graficzną. Również wartość edukacyjna zaszyta w nadrukowanych na wszystkie karty QR kodach (odsyłających do strony zawierającej więcej informacji) jest nie do przecenienia. Gra jest niestety dość droga i nie trafi do każdego, ale mnie absolutnie nie rozczarowała. Kilka wspaniałych wieczorów spędziliśmy też ze znajomymi nad Władcą Pierścieni: Wciągającą Grą Karcianą. Jest to trick-taking, co prawda dla mnie mechanicznie minimalnie słabszy od Załogi, ale świetnie wydany (te ilustracje!) i dobrze rozpisany na rozegranie całej kampanii. Zamówiłem już w przedsprzedaży drugą część i niecierpliwie czekam. Bardzo spodobał mi się też przywieziony z Essen Severton, który nazwałbym hybrydą Scotland YarduHorrified i scenariuszowej przygodówki. Gra przeszła nieco bez echa i w sumie nie dziwi mnie to z uwagi na mocno niszowy temat, ale tego typu kooperacyjna „skradanka” dobrze trafia w moje gusta. Oprócz powyższych dobrze bawiłem się np. przy Podwójnych Agentach czy nowym Dorfromantiku: Sakura. Mam mocne poczucie, że to właśnie w kategorii koopów obecnie powstaje najwięcej ciekawych, eksplorujących nowe mechanizmy gier. Żałuję tylko, że wiele osób kooperacji po prostu nie lubi i nie z każdym je wyciągnę na stół. Na szczęście jest to typ gier, który często mogę ogrywać w domu z żoną.

alt

Nowy Świt

Pozytywne niespodzianki

Nie zabrakło też tytułów, wobec których miałem niewielkie (lub zgoła żadne) oczekiwania, a pozytywnie zaskoczyły. Bezapelacyjnie jednym z najlepszych odkryć minionego roku było Moon Colony: Bloodbath od Donalda X. Vaccarino. Brutalna, dość losowa, ale niezwykle emocjonująca karcianka ze świeżym pomysłem na „wspólny deckbuilding”. Zagrałem na cudzym egzemplarzu i chyba jeszcze tego samego dnia zamówiłem własny. Niewiele oczekiwałem od Rezerwatu, zakładając, że będzie to przeciętne odcinanie kuponów od Ark Novy, a dostałem bardzo solidnego puzzelka, umiejętnie wykorzystującego mechaniki z oryginału. Zupełnie nie spodziewałem się też, że kiedykolwiek zagram w ogóle w Filary Ziemi: Grę Karcianą, o której kiedyś usłyszałem, że to dość przeciętna wariacja na temat tysiąca. Powiem tak: porównanie było całkowicie chybione, bo poza zbieraniem lew większych podobieństw nie zauważyłem. Przy obecnej modzie na trick-taking mogłoby to zostać ponownie wydane i się dużo lepiej przebić. W kategorii pozytywnych zaskoczeń nie mogę również nie wspomnieć o Tales of Arthurian Knights. Pierwowzór – Tales of Arabian Nights – w teorii był idealną storytellingową przygodówką, ale bywał frustrująco losowy i nierzadko niezrozumiały. Wersja arturiańska w moim odczuciu naprawiła większość problemów poprzednika, dodała atrakcyjniejszy dla mnie temat i choć mam pewne zarzuty do Tales of Arthurian Knights, to spędziliśmy z tą grą kilka bardzo przyjemnych wieczorów. Była to jedna z tych gier, których kolejnej rozgrywki nie mogliśmy się na początku doczekać.

alt

Tales of Arthurian Knights

Nadrobienie porządnych klasyków

W 2025 udało mi się też nadrobić kilka bardzo znanych gier, które przez całą moją planszówkową „karierę” jakoś nigdy nie trafiły na stół. Przede wszystkim w końcu zagrałem w klasyczną Agricolę, bo do tej pory miał do czynienia wyłącznie z wersją dwuosobową (Chłopi i ich zwierzyniec). Co więcej, grało mi się bardzo dobrze, kupiłem własny egzemplarz i chociaż wciąż się nie udało z nikim ustawić na kolejną partię, potestowałem sobie grę solo. Nieoczekiwanie Agricola siadła mi mocniej niż np. uwielbiana przez wielu Uczta dla Odyna, inna „rolnicza” gra Uwego Rosenberga. Kolejnym porządnym klasykiem, który dopiero co poznałem, jest Keyflower. Bardzo ciekawa licytacja i mnóstwo możliwości taktycznych w postaci odwiedzania wiosek rywali – zakładałem, że mi się spodoba i faktycznie tak było. Tego samego dnia miałem też przyjemność poznać oryginalnego Caylusa i z perspektywy nie wiem, czy spodobał mi się o wiele bardziej niż Caylus 1303, ale mogło to wynikać z faktu, że graliśmy tylko we 3 (a nie jest to optymalny skład) – mimo to bardzo doceniam obie wersje. Nadrobiłem też grę, która baaardzo długo wisiała na mojej wishliście – Cesarskiego Kuriera. Wiedząc, że jest mocno niedostępna, ale też niezależna językowo, kupiłem używkę na Essen i po jednej partii potwierdzam, że było to świetnie wydane 15 euro. W miarę pozytywne wrażenia pozostawiły u mnie zagrane niedawno Jaipur Na Sprzedaż – nie są to gry, które muszę posiadać, ale bez ociągania dam się namówić na rozgrywkę w obie.

alt

Agricola

Gry kampanijne

W 2025 dużo częściej grałem „seriami” oraz zacząłem i/lub ukończyłem kilka gier kampanijnych. Pierwsza połowa roku upłynęła pod znakiem remontu, przez który miałem ograniczony dostęp do sporej części kolekcji – więc ogrywaliśmy to, co zostawiłem na wierzchu. Przeszliśmy wtedy np. wszystkie scenariusze Harry Potter: Hogwart Battle (ja po raz kolejny), większość kampanii Mojego Miasta czy wszystkie misje z Podwójnych Agentów. W drugiej połowie roku zaczęliśmy we dwójkę (w końcu!) Brzdęka: Acquisitions Incorporated, a we czwórkę ze znajomymi moje drugie podejście do Pandemica Legacy S1 i w tym ostatnim doszliśmy już do połowy. Zaczęliśmy też poznawać wspomnianego już Severtona czy Dziedzictwo: Księgę Swana, a z innymi znajomymi od października do grudnia ogrywaliśmy również wspomnianego już Władcę Pierścieni: Wciągającą Grę Karcianą. Coraz bardziej doceniam ten typ gier, bo nie trzeba zawsze tłumaczyć zasad od początku i w ogóle trochę łatwiej się zmobilizować.

alt

Władca Pierścieni: Wciągająca Gra Karciana – Drużyna Pierścienia

Karcianki i turnieje

That being said, mimo że czasu mi jakoś specjalnie nie brakowało, umawiania się na większe planszówki wcale nie było tak wiele. Sytuację „uratowało” regularne granie w Lorcanę – z wyjątkiem lata, chodziłem na turnieje niemal cały rok i nawet coś udało się wygrać. Stabilna karcianka z cyklicznie organizowanymi wydarzeniami to coś, co w dużej mierze zastąpiło mi tradycyjne planszówki. Fakt, że nie muszę się z nikim umawiać i na pewniaka mogę nawet 2-3 razy w tygodniu iść do jednego z lokalnych sklepów i mieć gwarancję, że będzie z kim grać, wiele ułatwia. Lorcana wciąż sprawia mi przy tym masę radości, nawet jeżeli pod kątem samej mechaniki nie nazwałbym jej moją ulubioną karcianką. Muszę tu jednak również wspomnieć o innym niedawnym odkryciu, a właściwie chwalebnym powrocie. Na którejś promocji wyhaczyłem relatywnie tanio zestaw startowy do Star Wars Unlimited, a po remoncie odkryłem swoje schowane głęboko kostki do Star Wars Przeznaczenie. Ustawiłem się z kolegą na ogranie obu tytułów, szukając (już niekoniecznie turniejowo) alternatywy dla Lorcany, bo obie gry zapamiętałem jako solidne. I o ile o Unlimited zdania nie zmieniam, o tyle Przeznaczenie po kilku latach mnie bardzo miło zaskoczyło. Naprawdę sporo decyzji upakowanych w kilku zasadach na krzyż i proste, ale satysfakcjonujące składanie własnej talii to dokładnie to, czego szukałem. Podciągnąłem lekko swoją ocenę Przeznaczenia na BGG i liczę na więcej partii w nadchodzącym roku.

alt

Disney Lorcana

Toriki, Borealis i Into the Godsgrave, czyli pozytyw służbowy

Na koniec wątek służbowy. W 2025 roku w zasadzie skończyłem większość swojej pracy nad moją własną grą – Into the Godsgrave i mam nadzieję, że nie napotka już większych przeszkód przed dostarczeniem jej do wspierających. Był to dla mnie dość trudny projekt, ale ograwszy sporo pokrewnych tytułów myślę, że nie mam się czego wstydzić, jeśli chodzi o finalny efekt. Wiem już natomiast, z jak świetnym przyjęciem spotkała się jedna z poprzednich gier studia Lucky Duck Games, nad którą pracowałem, czyli Toriki. Choć mój wkład w ten projekt był relatywnie niewielki – teoretycznie byłem developerem, w praktyce jednak tylko trochę doradzałem Wojtkowi Grajkowskiemu – jestem naprawdę dumny z tego, jak wygląda końcowy produkt. Dostajemy też naprawdę masę bardzo pozytywnego feedbacku zarówno na BGG, jak i innymi drogami. Również Borealis, przy którym w jakimś małym stopniu maczałem palce, cieszy się bardzo pozytywnymi opiniami graczy. I to jest akurat gra, przy której moim zdaniem wykonaliśmy jako zespół developerski kawał dobrej roboty. Cieszę się również na nadchodzącą wielkimi krokami, a niezapowiedzianą jeszcze grę, którą developowałem w ostanich miesiącach – ale tu więcej zdradzę po oficjalnym ogłoszeniu 😉

alt

Borealis na Essen

Negatywy 2025 roku

Brak rozgrywek w moje ulubione gry

Zapytany w nocy o północy od lat byłem w stanie bez zawahania wymienić 3 tytuły, które uważam za swoje ulubione. Są to Gra o Tron: Gra Karciana, Star Wars Rebelia i Dice Masters. Szkoda tylko, że… w żadną z nich nie zagrałem od ponad roku! I o ile w przypadku Gry o Tron Dice Masters wynika to w dużej mierze z faktu, że przestały być dawno wspierane przez wydawców – a dla kolekcjonerskich karcianek to zazwyczaj wyrok śmierci – o tyle fakt, że od baaardzo dawna nie zagrałem w Rebelię, to skandaliczne niedopatrzenie. Problem w tym, że nie mam stałego współgracza gotowego na tak długie rozgrywki, a do tego gram już bardzo dużo dwuosobowo z żoną lub na turniejach. Przez to kiedy ustawiam się z kimkolwiek innym, to jednak najczęściej w gry przeznaczone na więcej osób. Gra o Tron po setkach, jeśli nie tysiącach partii mnie natomiast już trochę zmęczyła koniecznością bycia na bieżąco – mimo porzucenia jej przez FFG wciąż jest aktywnie rozwijana przez świetne community, ale z mojej perspektywy niesłusznie nie zdecydowano się do teraz na rotację i po prostu jest już dla mnie za duża. Nie bez znaczenia jest też fakt, że w świecie popandemicznym nie mam już ani siły, ani potrzeby grać tyle online, więc przestałem odpalać stały niegdyś punkt każdego dnia w postaci emulatora theironthrone.net.

alt

Jedna z moich ostatnich partii w Grę o Tron (wrzesień 2024)

Porzucenie nowości z 2024

Co jednak jeszcze bardziej przygnębiające, rzeczywistość dość brutalnie zweryfikowała moją listę odkryć z ubiegłego roku. Z mojego top9 za 2024 rok:

  • nie zagrałem już ani razu w AbyssOstoję czy Hansę Teutonicę. Zwierzęta z Baker Street w ogóle wyleciały z kolekcji, ale to akurat nic dziwnego, bo znam już całość
  • Ra, Free Ride Halo Wieżę zagrałem przez 2025 rok tylko po razie
  • w Horrified grałem tylko w nowej i moim zdaniem słabszej wersji (Greek Monsters)

Czyli właściwie tylko Lorcana się „obroniła”, jeśli chodzi o dalsze granie. Nie zmieniłbym ani jednej gry z listy sprzed roku i dalej podtrzymuję swoje zdanie, że były tam same świetne tytuły, ale w tym roku zawsze ostatecznie na stół wpadało „coś” innego. Halo Wieżę w ogóle sprzedałem (żona powiedziała, że jej już wystarczy), pozostałe smętnie zerkają z zakurzonej półki. Potwierdza to jednak, że mój osobisty „kryzys” trwa już od dość dawna, bo cytując samego siebie z początku 2025 roku: „Dość powiedzieć, że było mi trudniej niż kiedykolwiek wybrać top 9 nowości.” Cóż, w tym roku po prostu się poddałem.

alt

Free Ride

Eurokryzys

Jak zacząłem się zastanawiać, z czego bierze się moje swoiste wypalenie efektu nowości, od razu przyszło mi do głowy, że mam duży problem z emocjonowaniem się kolejnymi eurosami. Chociaż kiedyś uważałem, że jest to mój absolutnie ulubiony gatunek planszówek, wzrasta we mnie poczucie, że eurogry coraz bardziej zjadają własny ogon. Kolejne tytuły Lacerdy, Tasciniego czy Pfistera, nie mówiąc już o Feldzie czy Rosenbergu, kompletnie przestały wywoływać u mnie entuzjazm. Symbolem tego, że coś poszło mocno nie tak, jest dla mnie chyba najbardziej taśmowo produkowana seria trylogii Garphill Games (ta zaczęta już dekadę temu przez Najeźdźców z Północy). Nie zrozumcie mnie źle – to nie są złe gry, niektóre mi się całkiem podobały (przede wszystkim Wicehrabiowie Zachodniego Królestwa), ale czuję po prostu potężny przesyt. Większość współczesnych eurosów odeszło od swoich niemieckich korzeni i zawierają coraz więcej skomplikowanych systemów, za to mniej interakcji; więcej asymetrii i sałatki punktowej, a mniej emocji; coraz bardziej zamieniają się w skomplikowane łamigłówki, w których staram się rozgryźć system, ale potem kompletnie tracę zainteresowanie. Co więcej, brakuje im własnej tożsamości. W tym roku zagrałem np. po baaaardzo długiej przerwie (co najmniej 8 lat, jak nie lepiej) w licytacyjnego klasyka – Goa czy w Zamki Burgundii po trzyletnim rozbracie. I to były gry, których niemal nie musiałem sobie przypominać: pamiętałem, jakie są ich główne mechanizmy, tłumaczenie zasad trwało dosłownie chwilę, a wszystkie mechanizmy się pięknie zazębiały. Podobnie mam z innymi starszymi euroskami, w które gram przeciętnie raz na 1,5 roku – Concordią, Orleanem czy Viticulture. Z drugiej strony w tym roku poznałem takie hity, jak SETI czy Revive… i szczerze mówiąc, zapomniałem o tym, jak się w nie gra po 2-3 dniach. Uważam, że „less is more” i design współczesnych eurogier skręcił jakiś czas temu w złym kierunku. Nie jest to jakiś gigantyczny problem – wciąż mam MNÓSTWO wspaniałych tytułów do ogrywania i cieszę się, że są fani tych wszystkich nowości. Ja się jednak ewidentnie stałem starym marudą, który z rozrzewnieniem wspomina „stare, dobre czasy” i nie mogę się identyfikować z tymi fanami planszówek, którzy najbardziej czekają obecnie na polskie wydania Covenanta czy Orloja.

alt

SETI

Pożegnanie z imprezówkami

Trochę szumnie napisane, bo wciąż kilka imprezówek się nie tylko ostało w kolekcji, ale też parę razy wpadło na stół. Choćby w święta w rodzinnym gronie rewelacyjnie sprawdziło się Podaj Dalej, regularnie powracam do Top Ten, trafiły się też mega przyjemne partyjki w Pictomanię czy Labirynt Słów. Jednocześnie pozbyłem się z kolekcji kilku wysłużonych po dziesiątkach lub nawet setkach partii egzemplarzy dawnych hitów: nie mam już Avalona, kościanego BangaDecrypto, a Dixit kurzy się w zapomnieniu w domu rodzinnym. Niestety czasy szkolne i studenckie minęły bezpowrotnie i nie pojawiają się już tak często okazje, żeby pograć w luźne, wieloosobowe tytuły. Kiedy ustawiam się już na planszówki, to raczej maksymalnie na 5 osób (a i to nieczęsto) i trochę szkoda mi czasu na tego typu giereczki. A przecież katowany między koncertami na wyjazdach zespołowych Avalon to jedne z najlepszych growych doświadczeń w moim życiu – które, obawiam się, bezpowrotnie minęło. Czasy się zmieniło, towarzystwo rozeszło w różne strony świata, a imprezówki w większości pozostały wspomnieniem.

Inna rzecz, że ten gatunek chyba też przechodzi lekki kryzys. Widać to choćby w konkursie Planszowa Gra Roku. W 2024 roku wygrały Gluty, które po mojemu są na granicy bycia imprezówką, a w 2025 Survive The Island, którego imprezówką nie nazwałbym wcale. Przy czym konkurencja nie była specjalnie mocna. To jednak temat na całą osobną dyskusję.

alt

To nie kapelusz!

Kiepskie Essen

Musze się niestety zgodzić z dość powszechną narracją o tym, że ostatni rok nie był szczególnie wybitny, jeśli chodzi o premiery. Najlepszym dowodem były targi w Essen: z jednej strony ogromne, nie wiem, czy nie największe do tej pory, ale jednocześnie pozbawione większych hitów. Przywiozłem z targów tylko kilka nowości i w zasadzie tylko o jednej mogę napisać więcej pozytywów (jest to Severton), pozostałe okazały się być przeciętniakami lub wręcz rozczarowaniami (Origin Story i przede wszystkim fatalne Incubo). Miałem jednak też sporo okazji poogrywać inne targowe premiery – na obecną chwilę jest ich prawie 30 i nie jest wiele lepiej. Tak jak kilka lat temu zachwycałem się np. Ark NovąDécorum, a i w zeszłym roku bardzo siadło mi Kronologic: Paris 1920, tak w tym roku nie widzę nic. Wspomniany Severton, jakkolwiek przyjemny, do mojej topki raczej by się nie dobił, podobnie solidne Tenby czy Kingdom Crossing. Sporo porządnych średniaków i przyjemnych gier na jedną-dwie rozgrywki: Red CarpetPopcorn, Pick 'n’ Packers nie jest w stanie zatrzeć ogólnie kiepskiego obrazu.

alt

Pondscape – synonim Essenowego poprawnego przeciętniaka

Za mało pisania

Na koniec – znowu obiecywałem sobie więcej pisania na blogu i znowu nic z tego nie wyszło. Składa się na to wrodzone lenistwo, sprawy osobiste (remont w pierwszym półroczu jednak mnie nieco przetyrał), ale dochodzi też brak przekonania do medium. Już dawno pogodziłem się z tym, że dla znakomitej większości vlogi i podcasty wyparły słowo pisane, a gameplaye zastąpiły instrukcje, ale nie da się ukryć, że trudność przebicia się z tekstem – zwłaszcza przy wzroście popularności AI – zniechęca do podejmowania starań. Lubie pisać dla siebie, jest to dla mnie forma relaksu i ułożenia myśli w głowie, natomiast wiadomo, że łatwiej jest mieć poczucie kontaktu z odbiorcą. Jesienią przykładowo opublikowałem nieco dłuższy tekst, będący analizą nowego setu Lorcany… i kompletny brak reakcji uświadomił mi, że nie jest to typ treści, którym w ogóle jest sens się dzielić. Miło zapamiętam na pewno zaproszenie do Suchowiska Planszowych Sucharów, pierwszy raz miałem okazję wziąć udział w podcaście i było to ciekawe doświadczenie, ale też zdałem sobie sprawę, że nie byłoby mi w stanie zastąpić pisania. A z tym ostatnim jest, jak jest – i pewnie się już jakoś wybitnie nie poprawi.

Luźne obserwacje

Gry solo wychodzą z niszy…

Ta tendencja widoczna jest od kilku lat, ale mam poczucie, że wreszcie zaczęliśmy mocniej dostrzegać jej efekty. Chyba dość niespodziewanie dużym hitem tego roku stało się Kingdom Legacy: Królestwo Feudalne, świetnie przyjęta, tajna premiera Galaktikonu. Pod koniec roku wystartowało nowe wydawnictwo – MeepleMood, odważnie stawiając na Za Górną Knieję! jako swój premierowy tytuł. Ta mała lewowa karcianka jest bardzo fajnie zaprojektowanym pasjansem, w którego choćby się chciało, nie da się grać nawet w dwie osoby. I o ile tryb solo stał się już standardem, a i planszówki kierowane wyłącznie dla samotnego gracza wychodziły już w zeszłych latach (np. Wojna Nemo), to zwłaszcza polscy wydawcy raczej ostrożnie podchodzili do mniejszych gierek tego rodzaju. Niby pojawiło się już jakiś czas temu Pod Wrogim Niebem, ale odnosiłem wrażenie, że dość szybko trafiło na przeceny i nie przyjęło się u nas aż tak dobrze. Gdybym miał pokusić się o jakieś przewidywania na przyszłość, stawiam, że karcianki i planszówki wymyślane przede wszystkim pod kątem graczy solo będą zajmować coraz większą część rynku.

alt

Za Górną Knieję!

…a wieloosobówki migrują na BGA

Miałem w swoim życiu okres – przede wszystkim w czasie pandemii – gdy grałem w planszówki online całkiem sporo. Brałem udział w lidze Zamków Burgundii, dużo pykałem na emulatorze w Grę o Tron LCG, a i trochę eksplorowałem BoardGameArena. Od 2-3 lat mam już jednak przesyt tej formy grania, bo jak już spędzam wolny czas przy komputerze, to wolę odpalić jakąś grę typowo komputerową. Tym niemniej patrząc po rozmaitych podsumowaniach miesiąca, a także czasem propozycjach ustawiania się na granie, dużo osób w znacznej mierze przeniosło swoje granie do sieci. Z jednej strony taka forma grania pozwala na rozgrywanie naprawdę wielu partii, ale z drugiej sam wolę chyba od czasu do czasu usiąść do stołu nawet z obcymi osobami, niż grać na BGA, zwłaszcza turowo (real-time jeszcze w miarę jest dla mnie akceptowalne). Nie wiem, czy to tylko wrażenie, jakie odniosłem w mojej bańce, ale odczułem znaczny wzrost popularność BoardGameArena – i widać to również w stale powiększającej się bibliotece tytułów. Ba, nierzadko oceny na BGG wystawiane są po 1-2 partiach online (widać to po komentarzach), co moim zdaniem jednak nie do końca właściwie oddaje doświadczenie grania na fizycznym egzemplarzu.

Koniec „renesansu” planszówek?

Chyba każdy, kto siedzi w planszówkowym światku od dłuższego czasu, spotkał się z tym określeniem i ma go dosyć. Widzieliśmy już dziesiątki, jak nie setki artykułów i analiz dotyczących wzrostu popularności gier. Swoje dołożyła też pandemia, która akurat dla naszej branży nie była wcale wielką tragedią – ludzie siedzieli w domach i grali. I o ile mi te 20 lat temu zdarzało się czuć nieco obco, kiedy proponowałem znajomym planszówki – a hasło Osadnicy z Catanu spotykało się najczęściej z uprzejmym zdziwieniem – o tyle teraz coraz trudniej spotkać w młodszym i średnim pokoleniu osoby, które z „nowoczesnymi” grami się nigdy nie zetknęły. Widok biblioteczki 10-20 gier, w tym np. Terraformacji MarsaSplendoru czy Carcassonne u ludzi, których nigdy nie podejrzewałem o bycie fanami gier, zawsze mnie pozytywnie zaskakuje. Podobnie fakt, że planszówki pojawiają się w wielu knajpach i bibliotekach, raczej nikogo już nie dziwi. Co więcej, wydaje mi się, że w dorosłość wchodzi już pokolenie, dla którego właśnie takie współczesne gry – nie tylko warcaby i chińczyk – były absolutną normą. Znam małżeństwa, które poznały się np. na turniejach w Magic: The Gathering i ośmiolatków, którzy są w zasadzie weteranami planszówek i można z nimi wyciągać niemal dowolnie skomplikowane tytuły. Oczywiście planszówki to wciąż nie jest hobby uniwersalne i raczej nigdy nie będzie – ale myślę, że osiągnęliśmy moment, kiedy grupa dorosłych spotykających się na granie nie jest już traktowana jako banda dziwaków. A przynajmniej już się tego tak nie okazuje 😉

Co dalej?

Mamy dziś 6.01 – wciąż jeszcze jestem na poświątecznym urlopie – i nie ukrywam, że staram się z tego korzystać. Od Nowego Roku udało się już zagrać m.in. w Clash of Cultures czy Chaos w Starym Świecie, a także poznać Rzekę Złota, Etherstone czy Factory Funner. Liczę na to, że to zapowiedź lepszego roku i tego też życzę wszystkim, którzy tu dobrnęli. Grajcie dużo w to, co lubicie, bawcie się przy tym dobrze i pamiętajcie, że planszówki są dla Was, a nie Wy dla nich!