Quetzal

Quetzal, miasto świętych ptaków

Mam dość eklektyczny gust planszówkowy. Choćbym słyszał nie wiadomo ile zachwytów, większość najgłośniejszych tytułów nie wzbudza mojej specjalnej ekscytacji. Co innego, jeżeli w zapowiadanej grze jest jakiś niespotykany mechanizm…

Z tego powodu Quetzal wleciał na mój radar już po pierwszej zapowiedzi. Grę reklamowano bowiem jako worker placement z… rzucaniem meeplami*! Być może zresztą ten trik już gdzieś zastosowano, jednak do tej pory się z nim nie spotkałem. Do tego doszedł dość interesujący setting w klimacie filmów z Indianą Jonesem. Zważywszy na to, że niedawno poznałem sporo worker placementów z różnymi zdolnościami robotników (Dwergar, Viticulture, Paladyni Zachodniego Królestwa) i całkiem mi się ten koncept spodobał, nie zastanawiałem się długo nad Quetzalem. Autorem gry jest nieznany mi dotąd Alexandre Garcia, a przepiękne grafiki wykonała Nastya Lehn; za polską edycję odpowiada zaś wydawnictwo G3.

Quetzal

Quetzal – miasto skocznych meepli

Quetzal nie jest oczywiście pierwszą grą z trudną od wymówienia, pochodzącą z indiańskiego narzecza nazwą. W przeciwieństwie jednak do Tzolk’ina, Teotihuacan, Tawantinsuyu i Tekhenu nowa propozycja od G3 jest pozycją bardzo lekką. Słowo „Quetzal” oznacza świętego ptaka – kwazala* (oraz współcześnie również walutę Gwatemali). W grze wcielamy się w grupkę archeologów i poszukiwaczy przygód i udajemy do starożytnych ruin miasta, w którym czczono owe kwazale. Zgodnie jednak z modus operandi typowych Europejczyków radośnie grabimy zabytki indiańskiej kultury i wywozimy na statkach za ocean. Gracz, który zdobędzie najwięcej punktów za owe artefakty w ciągu 5 rund, zwycięża.

Każdy uczestnik zabawy dostaje garść meepli, które symbolizują członków jego grupy badawczej. Każdy z nich jest dwustronny – może być archeologiem lub poszukiwaczem przygód (dodatkowo każdy ma jeszcze jednego dużego jokera). To właśnie nimi będziemy rzucać na początku każdej rundy. Meeple, który upadnie bokiem lub stanie na głowie, może spełniać dowolną funkcję; jeśli natomiast wyląduje na nogach, przynosi nam dodatkową monetkę. Od tego, ilu wyrzucimy archeologów, a ilu poszukiwaczy przygód, zależą akcje, które będziemy mogli wykonywać w grze.

Quetzal

Ładować statki!

Na przepięknie zilustrowanej planszy mamy bowiem do dyspozycji kilkanaście pól, na których możemy ustawiać nasze ludziki. Najbardziej istotną część zajmuje świątynia, w której „pozyskujemy” artefakty (cóż za edukacyjna gra…). Niezmiernie ważne są także biuro zarządcy przystani i statki – same trofea nic nam nie dadzą, o ile ich nie odeślemy. Pionki możemy wysyłać również do m.in. wioski, obozu i na czarny rynek, żeby odpowiednio: zdobywać usprawnienia dla swoich postaci, przerzucać inne pionki czy pokątnie sprzedawać zabytki (serio, naprawdę się staram…).

Żeby było jednak ciekawiej, pola lokacji występują w kilku wariantach. Niektóre z nich – tzw. unikatowe – wymagają pojedynczego meepla określonego koloru oraz opłaty w monetach. Wolne nie mają żadnych ograniczeń, może na nich stać dowolna liczba pionków obu rodzajów. Trzecim rodzajem są natomiast lokacje z licytacją, tj. takie, na których akcję wykonuje wyłącznie gracz, który przeznaczy na to najwięcej swoich ludzi. Dodatkowym utrudnieniem jest zaś fakt, że można na nich używać tylko jednego koloru meepli – i to takiego, jaki określi pierwsza osoba wchodząca na dane pole.

Po fazie rozstawiania w lokacjach wykonujemy po kolei wszystkie akcje. Są one dość proste i głównie sprowadzają się do zdobywania kart artefaktów i monet oraz przerabiania ich na punkty. Dochodzi do tego mechanika set collection, ponieważ zdobywane przedmioty najbardziej opłaca się wysyłać w zestawach dwu- i trzykartowych. Warto tu jeszcze wspomnieć o niezależnym od głównej punktacji torze rozwoju, na którym dostajemy dodatkowe bonusy punktowe i pieniężne. Wszystko to jednak jest bardzo proste, już po 1 turze każdy gra całkowicie świadomie, a rozgrywka jest szybka i niepodatna na przestoje.

Quetzal

Dla każdego coś ładnego

Zacznę tym razem od tego, co mi się nie podoba, czyli niestety… głównego twistu Quetzala. Rzucanie pionkami brzmiało jak fajna, oryginalna mechanika, ale niewiele z niego wynika. Tak naprawdę mogą nam wypaść tylko 2 typy postaci lub jokery i choć ma to niebagatelny wpływ na rozgrywkę, to równie dobrze mogłyby to być jakieś kostki. Przykładowo – na standardowych k6 1-2 to archeolog, 3-4 poszukiwacz przygód, 5 joker i 6 joker z monetą. Troszkę się czepiam, ale nie ukrywam, że to z tego powodu głównie sięgnąłem po Quetzala. Jeśli chodzi o klimat, kompletnie nieistotne dla gry są tytułowe święte ptaki – pojawiają się wyłącznie we wstępie do instrukcji i na okładce pudełka. Wywożenie indiańskich artefaktów jest zaś… moralnie dyskusyjne, ale powiedzmy sobie szczerze, w grach robiło się już znacznie gorsze rzeczy.

To powiedziawszy, choć przy pierwszej rozgrywce poczułem lekkie rozczarowanie mechaniką rzutu meepli, sama gra jest baaardzo przyjemna. Sam jestem tym zaskoczony, ale z partii na partię podobała mi się coraz bardziej – i to mimo oczywistego faktu, że nie ma tu NIC nowatorskiego! Quetzal potrafi w bardzo prosty sposób „zajawić” kilka powszechnie spotykanych w eurograch mechanik: worker placement przede wszystkim, ale też licytację i set collection. Co więcej, nawet w gronie wyjadaczy grało się bardzo przyjemnie z uwagi na świetne tempo gry. Tu w zasadzie nie ma miejsca na żadne przestoje, wszystkie akcje są prościutkie (a przy tym wcale nieoczywiste w wyborze!), a czas rozgrywki idealnie wyważony. Zależnie od dociągu kart czasem rywalizacja przenosi się bardziej na główną świątynię, a czasem na okoliczne pola z licytacją. Od 2-3 tury zaczyna się też zażarta walka o statki.

Quetzal

Niby proste, a bawi

Nieco mieszane uczucia mam wobec toru rozwoju (jest ok, ale mogłoby go równie dobrze nie być) i ulepszeń – te bowiem w ewidentny sposób dzielą się na lepsze i gorsze. Z drugiej strony wioska, w której je pozyskujemy, ma określoną kolejność pól i kiedy bardzo nam na czymś zależy, wydamy pewnie więcej monet, żeby zająć pierwsze miejsce. W wyścigu o najlepsze pola akcji zaglądamy też zawsze do pul meepli przeciwników, żeby zobaczyć, w jakim kolorze będziemy mieli przewagę w licytacjach. Wszystko to się naprawdę nieźle spina i daje dużo satysfakcji oraz nieoczywiste w eurogrze poczucie interakcji.

Z uwagi na elementy licytacji miałem pewne obawy przed rozgrywką dwuosobową, zwłaszcza że dochodzi w niej wirtualny gracz, czyli mechanizm, którego fanem nie jestem. Również tutaj spotkało mnie pozytywne zaskoczenie – Quetzal działa i to działa bardzo dobrze, schodząc czasowo do absolutnego minimum (z ogranym przeciwnikiem lekką ręką poniżej 30 minut). Nie mogę się przyczepić ani do skalowalności, ani do czasu rozgrywki w żadnej konfiguracji.

Quetzal

Gdybym miał porównać Quetzala do innych gier, postawiłbym go najbliżej Epoki Kamienia. Słyszałem też opinię, że to taka lżejsza wersja Zaginionej Wyspy Arnak, ale za to nie ręczę, bo nie grałem. Na pewno jest to jednak dobry lekki worker placement, który niejako w bonusie pokazuje inne popularne mechaniki, a na dodatek jest po prostu przepięknie wykonany. Dla początkujących i zwłaszcza dla dzieciaków pewnie dodatkową atrakcją jest rzucanie meeplami. Nie powiedziałbym, że Quetzal ma kolosalną regrywalność, ale zagrałem w krótkim czasie około 10 razy (w tym kilka na boardgamearena) i na razie kompletnie nie czuję znużenia. Jasne, mam inne gry, które aktualnie wyciągnę chętniej, ale wbrew początkowym obawom wciąż odczuwam przyjemność z rozgrywek w Quetzala.

Podsumowując…

Quetzal był na moim radarze od pierwszej zapowiedzi z uwagi na rzuty meeplami. Niestety już po pierwszej rozgrywce czułem, że akurat ten pomysł nie jest tak ciekawy, jak się zapowiadał. Tylko że… jak się okazało, w niczym to nie przeszkadza. Gra jest po prostu świetnym, leciutkim worker placementem, którą z powodzeniem można polecać początkującym. Proste zasady, bardzo ładna oprawa graficzna, możliwość poznania kilku prostych mechanik – wszystko jest na miejscu. Nie zachwycił mnie tak jak Karczma pod Pękatym Kuflem czy Szarlatani z Pasikurowic, ale jest to kolejna solidna pozycja od G3. I relatywnie tania, co zawsze istotne w przypadku gier familijnych.

Quetzal

Tylko serio, gdzie te kwazale…?

Zalety

  • Szybkie tempo gry
  • Śliczne wykonanie
  • Zajawki różnych mechanik
  • Bardzo dobre skalowanie
  • Świetna cena

Wady

  • Rzucanie meeplami jest takie sobie…
  • …a poza tym nie ma tu absolutnie nic nowatorskiego
  • Gra budzi pewne wątpliwości natury moralnej 😀
  • Gdzie te kwazale?

Końcowa ocena:

Quetzal jest świetną grą na początek – leciutkim worker placementem, który sygnalizuje również inne mechaniki. Do tego dwa typy robotników i śliczna oprawa graficzna sprawiają, że warto go kupić na początku przygody z planszówkami. Jeśli natomiast grasz już nieco więcej, wciąż można – gra Cię nie zawiedzie. Nie ma w niej jednak nic, czego już nie było.

*meeple – drewniany, stylizowany na człowieka pionek. Zostałem ostatnio poproszony o dodanie tego wyjaśnienia 😉

**google twierdzi, że to jednak kwEzale (w dodatku herbowe). Uznałem jednak, że skoro w instrukcji są kwazale, to i w recenzji będą kwazale.

Dziękuję serdecznie wydawnictwu G3 za przekazanie gry do recenzji.