Grand Finale, czyli balet na planszy
Widziałem już gry o okradaniu magicznych supermarketów czy wybieraniu papieża. Zdarzyło mi się szyć w planszówkach kocyki czy budować dom na drzewie. Dziś natomiast zapraszam na krótki tekst o Grand Finale – pierwszej znanej mi grze o… balecie!
Siedzę w planszówkach od dobrych kilkunastu lat i powiem szczerze, że do tej pory nie słyszałem o żadnym tytule, który skupiałby się na tańcu. Podobnie jak w wypadku relatywnie nielicznych gier sportowych, ciężko zamknąć odczucia towarzyszące fizycznej aktywności za pomocą kart i żetonów. Nie dziwię się nawet, że żaden znany projektant się za to nie bierze – nie dość, że trzeba mieć dobry pomysł na grę, to przyda się jeszcze dość specjalistyczna wiedza.
Światła
Pierwszej gry o tańcu, z którą się stykam, nie stworzył zatem „zawodowy” projektant, a pasjonat i tancerz – Bartek Woszczyński. Zilustrowany przez Renatę Orzeszek Grand Finale jest projektem autorskim i wydanym własnym sumptem przez Bartka. Takie gry bywają katastrofalnymi wtopami (polecam wątek pt. Kapitalizm na forum Games Fanatica, przy czym ostrzegam – jest trochę śmiesznie, trochę strasznie), ale potrafią być też całkiem udanymi projektami. Przykładem może być tutaj chociażby recenzowany przeze mnie swego czasu na Board Times Plażing, który mimo ryzykownego tematu okazał się być pierwszorzędną grą logiczną. Grand Finale zainteresowałem się głównie dlatego, że sam trochę tańczę (przy czym w zespole folkowym, nie w balecie) i od dawna mnie ciekawiło, jak można zrobić planszówkę o tańcu. Bartek zgodził się przekazać egzemplarz do recenzji, za co serdecznie dziękuję, przy czym muszę zrobić zastrzeżenie – poniższy tekst nie jest pełnoprawną recenzją, a raczej pierwszymi wrażeniami po jednej partii.
Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że w przykładach będę używał (stosowanej w grze) terminologii tanecznej, zatem mogą pojawić się takie pojęcia jak np. relevé czy allongé. Zakładam, że jeśli nie mieliście styczności z tańcem, nie powie Wam to nic – i słusznie, bo właśnie tego ma Was (przy okazji) nauczyć gra! Jest to projekt ewidentnie edukacyjny i skierowany do osób niekoniecznie związanych zawodowo z baletem. Na końcu instrukcji znajduje się słowniczek, który objaśnia wszystkie trudne francuskie pojęcia. W swoim tekście natomiast będę się starał pisać tak, żebyście nie musieli zaglądać do google translate 😉
Kamera
Grand Finale jest grą przeznaczoną dla 2-4 osób i trwającą ok. 45 minut. Każdy z uczestników zabawy wcieli się w tancerza przygotowującego jedną z czterech choreografii: Giselle, Białego Łabędzia, Dziadka do Orzechów lub Korsarza. Wszystkie posiadają zdolność specjalną i potrafią wykonać przeszło 30 różnych figur tanecznych (acz nie wszystkie pojawiające się w grze – część jest zarezerwowana dla ról kobiecych bądź męskich). Ściągawkę z elementami posiadamy na prywatnych kartach postaci, natomiast naszym celem jest zdobycie jak największej liczby punktów za widowiskową choreografię.
Gra składa się z szeregu rund, w trakcie których będziemy składać kolejne figury za pomocą kart leżących na planszy. Na początku każdej tury rzucamy kostką i przesuwamy nasz pionek w stronę mety, jednak od razu uspokajam – mechanika roll & move nie jest tutaj kluczowa. Nasza pozycja określa natomiast, czy dostaniemy dodatkową premię (np. w postaci żetonów reflektorów). Do tego dochodzi obowiązkowe dobranie karty „taki los”, która może w dodatkowy sposób nam pomóc lub przeszkodzić. Najważniejszym krokiem tury gracza jest jednak przygotowanie figury tanecznej. Jej złożenie polega na zebraniu z rozłożonych na planszy kart kroków i energii takiego zestawu, by wykonać jak najbardziej efektowny taniec. Przykładowo – żeby do naszej choreografii wstawić fragment adagio, wystarczy użyć kart arabesque/attitude i balansu. Z kolei do „podwójnego piruetu en dehors” potrzebne będą 4 karty: dwa razy rotacja, passe i relevé.
Akcja
W każdej choreografii zmieści się ograniczona liczba figur tanecznych. Trik polega na tym, żeby zawrzeć te najlepiej punktowane. Dodatkowym utrudnieniem jest natomiast niemożność wykonywania kilku piruetów lub skoków z rzędu. Figury taneczne pogrupowane są bowiem w tych dwóch kategoriach (z nielicznymi wyjątkami). Dodatkowo np. karty reflektorów pozwalają pomnożyć wartość punktową fragmentu choreografii, przy którym się znajdą. Gra zaś kończy się w momencie, w którym jeden z graczy dotrze do kulisy (czyli końca swojego toru) – wówczas wykonujemy finalny krok i liczymy punkty.
Gra jest zatem w założeniu dość prostym set collection z dodatkowymi rozwiązaniami zapożyczonymi z klasycznych gier typu Chińczyk czy Monopoly – rzucanie kostką, karty Taki los (niedoparcie kojarzące się z monopolową Szansą) itp. To wszystko ubrane jest zaś w niebanalny temat i okraszone dość ładną, choć minimalistyczną grafiką. Grand Finale zatem może nie obiecuje rewolucyjnego gameplayu, ale miało szansę być ciekawym narzędziem edukacyjnym. Po grze widać, że przygotował ją specjalista w zakresie tańca…
Poślizg!
…ale niestety jeśli przy opisie mechaniki zapalały Wam się lampki ostrzegawcze, to całkiem słusznie. Podstawowy koncept – czyli składanie figur z poszczególnych elementów – było niezłą propozycją, jak oddać specyfikę tańca w grze planszowej. Problemem jest natomiast fakt, że nasz wpływ na to, co możemy stworzyć, jest absolutnie minimalny – bardzo rzadko bowiem mamy możliwość przechowywania kart w ręce. Musimy działać wyłącznie w oparciu o karty odkryte na stole, czyli w praktyce patrzymy na ich nazwy i szukamy najwyżej punktowanej figury, którą da się złożyć. Nie mamy wpływu na kolejność wykonywania figur – co jest oczywiście zrozumiałe na poziomie fabularnym, ale odziera nas z dodatkowej decyzji. To, że nie jesteśmy w stanie wykonać dwóch skoków lub piruetów naraz sprawia wyłącznie, że część figur w każdym naszym ruchu jest po prostu zablokowana. Niestety w dobrej grze wybory są kluczowe – a Grand Finale niestety ich zdecydowanie zabrakło.
Nieakceptowalne we współczesnej planszówce są też karty „Taki los”. Rozumiem stojącą za nimi ideę, ale mechanicznie zabija je zbyt duża rozbieżność między potencjalnym zyskiem i stratą. Gdyby wszystkie były pozytywne – albo odwrotnie – przynajmniej czulibyśmy, że gra jest wobec nas „uczciwsza”. Najgorsze jednak są karty z działaniem w stylu „tracisz kolejkę” (zresztą są też takie pola na planszy). Nie będę specjalnie narzekał na rzucanie kostką, bo dotarcie do mety nie jest tu warunkiem zwycięstwa, a jedynie końca gry – ale zabranie graczowi tury tylko dlatego, że MIAŁ PECHA, niestety przekreśla ją jako fajną zabawkę; a już przyznanie innemu graczowi bonusowego ruchu w tej samej sytuacji (sic!) nie powinno mieć miejsca. Mimo, że pewne elementy – choćby asymetryczne zdolności postaci – dawały nadzieję na bardziej nowoczesną grę, rozgrywka dość szybko to zweryfikowała.
Wielki finał?
I tutaj jest pies pogrzebany: Grand Finale wygląda ładnie, zawiera strawnie podane elementy edukacyjne – przy mojej umiarkowanej wiedzy o tańcu byłem wystarczająco zaciekawiony, żeby zaglądać sobie do słowniczka – ale nie jest w stanie rywalizować na rynku ze „zwykłymi” planszówkami, bo zabrakło tu grywalności. Nie mam najmniejszej ochoty wracać do gry i nie mam też sumienia namawiać kogokolwiek na kolejną partię, toteż – jak mówiłem – nie traktujcie tego tekstu jako pełnoprawnej recenzji (takowej nie będzie na tym blogu). W Grand Finale zabrakło developmentu mechaniki i tego nie jest w stanie uratować ani temat, ani wykonanie. Mam poczucie, że stworzenie prostej karcianki wykorzystującej podobny system tworzenia figur, w której jednak będziemy mieli większy wpływ na to, co tworzymy jest możliwe. I szczerze – tego życzyłbym autorowi. Ma pasję, ma energię żeby działać i miał dość ciekawy pomysł. Jeśli będzie miał ochotę na rozwój swojego pomysłu, to widzę tu potencjał – ale najpierw trzeba zrobić ogromny krok wstecz. Mam nadzieję, że kiedyś ukaże się dobra gra o tańcu i nie wykluczam, że dostrzegę w niej pewne podobieństwo do Grand Finale, ale do tego jeszcze długa droga.








