CalicoGate

CalicoGate. Czy trzeba mieć zasady?

Do tego tekstu zainspirowała mnie historia jednej instrukcji. A ściślej – jej interpretacji, która mimo pozornej prostoty zasad wywołała małą burzę w szklance wody. Ale czy tak naprawdę jest o co się burzyć, jeśli ktoś gra niezgodnie z zasadami… i mu to pasuje?

Nie jestem w stanie spamiętać, ile razy podczas rozgrywki zapomniałem jakichś zasad lub w ogóle o nich nie przeczytałem. Zdarza się to najczęściej w przypadku nowych gier, ale czasem też po dłuższej przerwie od danego tytułu. Bywało, że coś zgrzytało w mechanice i w trakcie partii lub po jej zakończeniu sprawdzaliśmy, czy na pewno graliśmy poprawnie. Zwłaszcza w przypadku skomplikowanych gier zazwyczaj pierwszą partię traktuję jako zapoznawczą i dopuszczam taką sytuację. Nigdy też granie niezgodnie z instrukcją nie wywołało większej afery przy stole – jeśli bowiem wszyscy gramy według tych samych, podanych na początku reguł, nie pojawia się poczucie niesprawiedliwości. Ba! Jeżeli pominiętą regułę odkrywam w trakcie rozgrywki, często się umawiamy, że już do końca gramy tak, jak zrozumieliśmy. Oczywiście jeśli nie jest to zasada, która zmienia reguły o 180 stopni…

CalicoGate

CalicoGate

Jak się okazuje, problemy z interpretacją zasad wzbudzają nawet tak proste gry, jak Calico. Ściślej rzecz ujmując – kontrowersje wzbudziło nieścisłe tłumaczenie. W oryginale instrukcja explicite wyjaśnia, że nie można utworzyć dwóch sąsiadujących obszarów z łatek o tym samym wzorku; w polskiej wersji natomiast pojawia się sugestia, że obok siebie nie mogą leżeć dwa żetony takiego samego kotka, nawet jeśli wzorki są różne. Jak się jednak okazało, pozostawia do spore pole do nadinterpretacji. Żeby było ciekawiej, przedstawiciele kolejnych wydawców… również inaczej zinterpretowali zasady, niż developer gry. Gra trafiła na rynek, przez dwa miesiące pojawiło się trochę recenzji i krótszych opinii, nikt nie zgłaszał, że halo, coś tu nie działa.

I komu to, panie, przeszkadzało?

Przestańcie szkalować wydawnictwo Portal

Nie chcę być źle zrozumiany – nie chcę bronić nieprecyzyjnych instrukcji. W świecie idealnym zasady każdej gry dałoby się wyjaśnić na czterech stronach i bez niedopowiedzeń. Uważam, że – na szczęście – pod tym względem na rynku i tak nastąpił znaczący skok jakościowy, pamiętając niegdysiejsze instrukcje Portalu. Wpadki, zwłaszcza wynikające z nieścisłego tłumaczenia, należy przynajmniej poprawiać erratą i większość wydawnictw takie metody stosuje. A czasem zmiany są dość istotne – przykładem może być Dwergar, w którym jedna z akcji (wciąganie wózka) zostało znacząco osłabiona, żeby nie działała jako alternatywny warunek zwycięstwa. Ostatecznie jednak, jeżeli błędy w zasadach wynikają z instrukcji, koniec końców zawsze wydawnictwo publikuje szczegółowe wyjaśnienia.

Dwergar

Bo to zła instrukcja była

To nie jest jednak tak, że wszystkie błędy w zasadach wynikają z niewłaściwej lektury instrukcji. Sam pamiętam, że wiele partii w Dolinę Kupców grałem źle – bo wzorem innych deckbuilderów kupioną kartę kładłem na stos odrzuconych, zamiast prosto do ręki. Ta zasada wydawała mi się tak oczywista, że nie mogłem uwierzyć, jak kolega mi tłumaczył, że akurat tutaj jest inaczej. Gra miała przez to całkiem inne tempo, bo trzeba się było „dokopać” do swoich zakupów – ale jak najbardziej działała. Ba, zastanawialiśmy się nawet, czy nie wolimy zostać przy „nieprawidłowych” zasadach. Troszkę inaczej trzeba wtedy planować grę, ale umówmy się – o ile wszyscy o tym wiedzą, to rozgrywka jest sprawiedliwa.

I tu jest pies pogrzebany. Czy jest o co drzeć koty, jeżeli gra się dobrze nawet na niewłaściwych zasadach?

Przecież to tylko zabawa

Od razu mi przychodzi na myśl – gry są po to, żeby czerpać z nich przyjemność. Jeżeli ktoś nawet świadomie zmienia zasady sugerowane przez projektanta, ale ma z tego fun, to kimże jestem, żeby go odbierać? Złapałem się na tym nie tak dawno, kiedy z pewną konsternacją przeczytałem o pewnej rozgrywce w Fasolki. Autor opinii stwierdził, że gra jest bardzo fajna, ale reguła zabraniająca zmieniania kolejności kart na ręce jest niepraktyczna (sic!). Jeżeli znacie Fasolki, to domyślacie się pewnie, że to w zasadzie wywraca rozgrywkę do góry nogami – znika cała zabawa we wciskanie innym na siłę niepotrzebnych fasolek, byle nie musieć ich zasadzić na swoim polu. Ugryzłem się jednak w klawiaturę i nie drążyłem tematu, bo przecież nikt mnie do takiego grania nie zmuszał.

Ostatnio przy okazji przygotowywania recenzji ORP „Orzeł” na forum czytałem wątek, w którym zgłoszony został brak balansu. Jeden z graczy nie doczytał, że w pudełku jest kilka żetonów za dużo i nie należy ich używać. Autor gry napisał wtedy do mnie, żeby się upewnić, czy na pewno gram dobrze – żebym uwzględnił to przy pisaniu recenzji. W takiej sytuacji jak najbardziej rozumiem, że granie zgodnie z regułami jest istotne. Gdybym jednak chciał grać z handicapem przeciwko osobie początkującej, rozważyłbym dodanie tych żetonów. Skoro gra umożliwia lekkie modyfikacje balansu, czemu się tym nie pobawić?

ORP Orzeł

Home rules

Popularne „home rules”, czyli własne zasady zmieniające oficjalne reguły gry, to żadna nowość. Choćby w Osadnikach z Catanu niektórzy dla zmniejszenia losowości wprowadzają talię z kartami od 2 do 12 zamiast kości. Dzięki temu mają pewność, że chociaż 6, 7 i 8 będą wypadać najczęściej, to i skrajne numery od czasu do czasu z pewnością pojawią się w grze. Z kolei w Pandemica w zasadzie zawsze grałem w otwarte karty, bo ma to więcej sensu niż opowiadanie sobie, co mamy. Ta zasada zresztą w końcu została chyba uznana za oficjalną.

Tak naprawdę to trzeba sobie powiedzieć wprost: gry planszowe nie zawsze są zamkniętym projektem. W obecnych czasach popularne są reedycje różnych starych tytułów, a ich zasady często są upraszczane i wygładzane. Oczywiście część tych zmian ma na celu poszerzenie grupy docelowej, ale powiedzmy sobie szczerze, mimo setek testów zdarza się, że projektant wpadnie na jakieś rozwiązanie (albo ktoś mu je podpowie) już po tym, jak gra zostanie wydana. Fani „oryginału” często się zżymają na takie zabiegi, ale przecież… nikt im nie każe grać na nowych zasadach.

Morał?

Afera o Calico skończyła się tym, że Lucky Duck Games skonsultowało zasady z wydawcą pierwotnym (Flatout) i obiecało poprawić niejasny zapis w instrukcji. Czy to znaczy, że nie można już grać tak, jak niektórzy myśleli? Jak dla mnie – można. Gdyby to było złe, to by twórca inną grę zrobił. Warto uważnie czytać zasady i gorąco zachęcam do ponownej lektury instrukcji po pierwszej partii. Jeśli jednak coś jest niejasne – grajcie tak, jak Wam pasuje. Od stosowania home rules nikomu korona z głowy nie spadnie. A na deserek – fragment jednej z moich ulubionych instrukcji (Oto jest pytanie!). Gdyby wszystkie instrukcje takie były, świat gier byłby jeszcze fajniejszy 😉

Calicogate

I pamiętajcie, że nie warto drzeć kotów o to, jak można układać koty 😉