Bo to zła gra była. O negatywnych recenzjach

W licznych forumowych dyskusjach jak bumerang powraca temat negatywnych recenzji i ich małej liczby. Dla wielu jest to ostateczny dowód na to, że recenzenci muszą być opłacani przez wydawnictwa. Warto sobie jednak dla odmiany zadać pytanie, czy tak jest naprawdę – a jeśli tak, to dlaczego? Czemu nie powstają złe recenzje?

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że ten wpis – tak jak każdy inny na tym blogu – absolutnie NIE JEST przez nikogo sponsorowany. Potrzeba napisania go zrodziła się ze zmęczenia tłumaczeniem się za siebie i za wszystkich innych recenzentów, że wbrew pozorom nie śpimy na pieniądzach, a nasze teksty NIE_SĄ_OPŁACANE. Doprecyzowując – za „opłacenie” nie uważam również zachowania egzemplarza recenzenckiego na własność. W czasie przeznaczonym na przygotowanie się i napisanie/nagranie swojej opinii można śmiało zarobić więcej, niż warta jest jakakolwiek gra. Myślę też, że 9 na 10 recenzentów nie płakałoby długo, gdyby jakikolwiek wydawca zerwał z nimi współpracę z powody negatywnej, ale uzasadnionej recenzji. Z drugiej strony – raczej mało po którym wydawcy bym się czegoś takiego spodziewał.

Tym niemniej zgadzam się z opinią, że przeważają recenzje pozytywne. Dotyczy to blogów pisanych, vlogów i podcastów; zarówno znanych od lat, jak i stosunkowo nowych. Są recenzenci bardziej i mniej krytyczni, niektórzy bywają także mało merytoryczni. Nie chcę tu jednak odnosić się do konkretnych przypadków – a raczej zastanowić się, dlaczego takie zjawisko w ogóle występuje.

Bo to zła gra była!

Czy patrząc na skalę BGG liczbowa ocena 6/10 jest dobra czy zła? O tym, dlaczego prawie nie wystawia się ocen 1-5 w dziesięciostopniowej skali, napisano już mnóstwo i nie chcę się tutaj w to zagłębiać. Fani negatywnych recenzji często jednak podnoszą ten argument: „to i to w grze jest słabe, a na koniec aż 7/10, nierzetelny tekst”. Problem w tym, że liczbowa ocena nie może być analizowana w oderwaniu od kontekstu. W praktycznie każdej grze można znaleźć pewne zalety, ale i mankamenty – co doprowadza do jeszcze większego spłaszczenia skali. Z własnego doświadczenia: na BGG mam ocenione 454 gry, średnia 6.80. Na Board Times napisałem 45 recenzji, średnia ocen 3.47 (w pięciostopniowej skali). W tym – na BGG pięć ocen 10/10, zero ocen 1/10; na Board Times tylko jedna ocena 1,5/5 (żadnej jedynki), jedno 5/5. Czy to oznacza, że niemal wszystkie poznane gry oceniam podobnie? Nie do końca.

Oceny

Czym więc jest negatywna recenzja? Dla mnie oznaką słabej gry są dwie cechy. Pierwsza, kluczowa – to brak ochoty na powtórną rozgrywkę. Jeżeli nie wynika on ze zmęczenia, a po prostu z refleksji, że będzie mnie to tylko męczyć, to zapala się czerwona lampka. Drugą, już zdecydowanie bardziej rozmytą cechą jest wtórność. Dobra gra daje mi poczucie, że żaden inny tytuł nie da mi takiego samego doświadczenia. Jeśli natomiast mam poprawną grę, która jednak ZAWSZE przegra w starciu z innym tytułem, to jej nie potrzebuję. Każdy jednak ma swoje własne granice tolerancji. Oczekujący negatywnych recenzji dość rzadko przy tym je określają. Najczęściej krytyka recenzentów wynika wyłącznie z tego, że pozytywnie oceniają grę, która komuś akurat nie siadła.

Filtr pierwszy: wydawca

Na początek od razu opinia, która może wydawać się najbardziej kontrowersyjna w całym artykule. Otóż moja teoria jest taka, że ogólnie mało ukazuje się naprawdę złych gier. A ściślej – mało z nich pojawia się w planszówkowym mainstreamie. Oczywiście, co roku wychodzą kolejne klony Monopoly, ale powiedzmy sobie szczerze – o grach „supermarketowych” nikt nie ma potrzeby pisać. Wydawnictwa hobbystyczne natomiast raczej nie wypuszczają gier będących ewidentnymi gniotami. Proces powstawania planszówki jest długi i dość złożony, a mechanikę gry szlifuje się aż do uzyskania pożądanej grywalności. Jeżeli od początku nie daje ona satysfakcji, to żaden wydawca się nie zdecyduje zaryzykować sprzedania ładnie opakowanego szajsu. Choćby mityczni opłacani recenzenci stawali na rzęsach, pojawią się wówczas negatywne opinie „zwykłych graczy”. Marketing jest w stanie zdziałać cuda… ale do pewnego stopnia.

To powiedziawszy, trzeba sobie w ogóle zadać pytanie, czym jest „zła” planszówka i negatywna recenzja. Nie ma co ukrywać, że całkiem sporo wychodzi bowiem gier przeciętnych. Wydawcy chcą mieć w portfolio zróżnicowane tytuły, a nigdy nie da się do końca przewidzieć, jaki będzie odbiór ich produktu. Czy jednak jeżeli opisuję grę i stwierdzam, że jest całkiem przyjemna, ale niczym się nie wyróżnia – to jest to negatywna recenzja? Wspominałem już wyżej, że cechą dobrej gry jest jej unikalność, przynajmniej w jednym aspekcie. Muszę mieć bowiem ochotę wracać do danej gry. To nie znaczy jednak, że gra nie posiada pozytywnych cech. Często może ich być całkiem sporo – ale czytelnicy i tak będą domagać się krytyki. Wydawca, który daną grę promuje, w oczywisty sposób będzie jej bronił. Do tego musi mieć jednak swoje argumenty – i przede wszystkim w nie wierzyć.

Warto zatem mieć na uwadze, że pierwszym recenzentem, który odsiewa najwięcej złych gier, jest właśnie wydawca. Takich opinii oczywiście nie widać później w blogosferze, ale trzeba pamiętać, że takimi osobami również są fani planszówek. Ba, nierzadko są to wręcz byli albo aktywni recenzenci. Na tym etapie znakomita część „złych” gier zostaje zatem odsiana. A co dalej?

Filtr drugi: selekcja tytułów

Każdy recenzent prędzej czy później trafia na tytuł, który mu wybitnie nie podejdzie. To może być przy tym gra powszechnie uznawana za dobrą, jednak z jakiegoś powodu nietrafiająca w gusta osoby oceniającej. Przy czym – ponownie – warto pamiętać, że tu znowu działa pewien filtr. Recenzja planszówki to czasochłonne zadanie, a jak już wspomniałem, nie jest to zajęcie płatne. W związku z tym każdy, zwłaszcza wyrobiony recenzent przesiewa tytuły, które potencjalnie chciałby omówić. Czas nie jest z gumy i w naturalny sposób dobieramy pozycje, które wydadzą nam się interesujące. Powody mogą być różne – temat, zaufanie do projektanta, lektura instrukcji – nie tak często natomiast bierze się grę zupełnie w ciemno. Sam recenzowałem kilka tytułów wyłącznie dlatego, że spodobał mi się opis lub wręcz grafika. Bywało z nimi różnie – czasem były to świetne strzały, czasem wpadki. Staram się jednocześnie unikać brania do recenzji gier, które w żaden sposób nie przykują mojej uwagi. Zakładam z dużą dozą prawdopodobieństwa, że każdy recenzent taki własny filtr stosuje.

Filtr trzeci: ekipa

Mam wrażenie, że to kompletnie niezauważalny dla wielu krytyków aspekt recenzowania planszówek. W przypadku filmu czy książki można się z danym dziełem zaznajomić samemu, czasem raz, czasem pewnie kilkukrotnie. Rzetelne ogranie planszówki natomiast zajmuje znacznie więcej czasu, ale przede wszystkim – wymaga towarzystwa. A jeżeli gra się nie spodoba na wstępie? Dlaczego ktoś miałby grać ze mną w coś, co jest zepsute i frustrujące, skoro mam na półce tyle świetnych gier? To jest jedno z największych wyzwań w przypadku tworzenia negatywnych recenzji. Jeżeli jakaś gra z jednej strony wydaje mi się być naprawdę słaba, ale z drugiej chcę (lub czuję się zobowiązany) szczegółowo opisać, dlaczego się nie spodobała, muszę „zmusić” kogoś do testów. W przypadku recenzentów, którzy omawiają gry z własnej kolekcji, oczywiste jest, że rzadko mają ochotę poświęcać swój czas na recenzowanie czegoś, co najchętniej po pierwszej partii by wyrzucili albo sprzedali.

Mimo tych filtrów, zdarza się, że dostaję do recenzji grę, która przy bliższym poznaniu okazuje się być totalnym rozczarowaniem. Co wtedy? Nie wiem i nigdy się nie dowiem, jak postępują inni recenzenci. Mi się taka sytuacja przytrafiła kilkukrotnie – np. ostatnio przy Nanaki. Napisałem w tekście wprost, że udało mi się zagrać z innymi tylko 3 razy (po razie w każdym wariancie osobowym). Do tego kilka partii solo i wiedziałem, że po prostu nie chcę więcej w to grać. Zrobiłbym to, gdybym był w stanie – jednak problem w tym, że mimo szerokiego grona planszówkowych znajomych nikogo już nie mogłem namówić. Ba, niespecjalnie chciałem, czując, że zmarnuję czas, który moglibyśmy poświęcić na inną grę. Zdecydowałem się więc na publikację recenzji – i spotkałem z krytyką, że po tak małej liczbie rozgrywek jest ona nierzetelna.

Planszówkowy masochizm

Trudno jest zatem znaleźć złą grę, ale jeszcze trudniej – naprawdę złą opinię o grze. Sito, przez które przesiewane są gry trafiające na stoły recenzentów jest dość gęste i zatrzymuje znakomitą większość crapu. Sam bym z przyjemnością oglądał dobrze zrobione recenzje planszówek w stylu Mietczyńskiego – jednak doskonale rozumiem, że to wymagałoby kolosalnych nakładów czasowych i ogromnego samozaparcia nie tylko takiego człowieka, ale i jego planszówkowej grupy. Flejmy czyta się przyjemnie, ale wcale ich tak się nie pisze; a raczej – napisanie może być fajnym wyzwaniem, ale zebranie materiału to już nieprosta sprawa.

Recenzenci planszówek to jednocześnie po prostu fani gier. Nie chcemy specjalnie grać w coś, co nam się nie podoba. Dobry recenzent siłą rzeczy zna się na tym, o czym pisze (lub nagrywa) i prawdopodobnie zawsze znajdzie co najmniej kilka potencjalnych wad w każdej grze, niezależnie jak bardzo mu się spodobała. Jednocześnie statystyka jest nieubłagana i mówi, że pozytywnych recenzji było, jest i będzie więcej. Wszystkim domagającym się rzetelnych, a negatywnych opinii mogę powiedzieć tyle – spróbujcie sami, a zobaczycie, że to wcale nie jest takie proste.