Wyłącz recenzje, włącz myślenie

W zeszły poniedziałek na KS i zagramw.to wystartowała równoległa kampania gry Wiedźmin: Stary Świat autorstwa Łukasza Wookiego Woźniaka. Na razie idzie jak burza – zebrane zostało już prawie 20 mln zł (jak to czytacie, być może już więcej) – i jak zawsze w takich sytuacjach, budzi sporo kontrowersji. Nie chcę się jednak wdawać w dyskusję o braku różnorodności (która rozgorzała w anglojęzycznej części internetu), a wtrącić swoje 3 grosze w polskie piekiełko. U nas bowiem – jak zwykle – oberwało się autorowi i recenzentom. A oberwało się za… no właśnie, za co?

Uwertura

Jedną z pierwszych osób, które opublikowały jakąkolwiek opinię o Old World, był Gambit. Już parę ładnych miesięcy temu, gdy jeszcze nikt nie spodziewał się Wiedźmina, Gambit ocenił (po rozgrywce w prototyp), że nowa gra Wookiego jest jego najlepszym dziełem; użył wręcz niefortunnego, jak się okazuje, zwrotu „gra 6 na 5”. Równie pozytywnie wypowiadali się o grze m.in. Piotrek Piechowiak, Bartek Chlebicki i Kaczmar. Zgodnie z oczekiwaniami ogłoszenie, że za kryptonimem „Old World” kryje się Wiedźmin, tylko podbiło narastający hype. Minęło kilka miesięcy i w ostatnich tygodniach przed startem kampanii zaczęły pojawiać się również inne relacje z pierwszych rozgrywek (m.in. moja na Board Times), a przede wszystkim pełny gameplay.

Scena 1. HUMIgraj

Mimo relatywnie pozytywnych opinii (choć np. Kamil Traks z AngryBoardGamera zwracał uwagę na pewne niedoskonałości rozgrywki) można było odnieść wrażenie, że wśród wielu internautów hype opadł po zobaczeniu przykładowej rozgrywki. Nie jestem tym specjalnie zdziwiony; jakkolwiek sam nie lubię oglądać gameplayów, doskonale rozumiem, że wiele osób na jego podstawie decyduje, czy gra może im się spodobać. Efekt rozczarowania wziął się prawdopodobnie głównie z faktu, że Stary Świat nie ma ambicji na bycie przesadnie skomplikowaną grą – jest to raczej coś w połowie drogi od Talizmanu do „poważnych” przygodówek. Inni z kolei zauważyli, że dla docelowej grupy Wiedźmin może być całkiem przyjemną grą do piwka, na zagranie od czasu do czasu z fanami uniwersum. Hubert Miłoś z kanału HUMIgraj podzielił się taką opinią:

Po obejrzeniu wideo instrukcji na Geek Factor gry Wiedżmin Stary Świat stwierdzam, że jest to dobry wstępniak dla ludzi, którzy nie grali do tej pory w planszówki a lubią uniwersum wiedźmina. Niski próg wejścia, prosta rozgrywka, trochę emocji podczas walki i pokera. Czyli gra dobra na okazjonalne granie, w sam raz do klubu dla weekendowych graczy. Pewnie dobrze się sprawdzi, jako coś luźniejszego na spotkanie w towarzystwie starych wyjadaczy, którzy stworzą klimat przyjaznej rywalizacji.

Pod tym wpisem pojawiły się opinie, jakoby wypowiedź Huberta była „kwintesencją polskiej sceny recenzenckiej” – czyli „nie grałem, ale się wypowiem”. Pal licho, że we wstępie zaznaczył – PO OBEJRZENIU WIDEO INSTRUKCJI. Co więcej, w przeciwieństwie do wielu graczy, którzy wydali już wyrok („losowa, nudna, abstrakcyjna, nieoryginalna, zero klimatu” itp.), mam wrażenie, że wypowiedź Huberta jest dość stonowana. Nie stwierdza autorytatywnie, że gra jest do niczego, tylko zwraca uwagę, komu się może spodobać. Tym niemniej pojawił się zarzut, że jako recenzent powinien wstrzymać się od wyrażania tego typu opinii. Z drugiej strony ktoś inny skomentował – „dobra recka”. I tu przechodzimy do kolejnego aktu…

Scena 2. Gambit

Pod koniec pierwszego dnia kampanii – kiedy gra już zebrała kilka milionów – pojawił się nowy materiał na kanale Gambita. W przeciwieństwie do poprzedniej wypowiedzi na temat gry (która de facto sprowadzała się do jednego zdania), tym razem w prawie godzinnym nagraniu wnikliwie omówił swoje wrażenia po dwóch rozgrywkach. Chciałoby się dodać – nie mniej, nie więcej, niż po dwóch: liczba ta mieści się między jeden a trzy i jest nią po dwakroć jeden 😉 Gambit WIELOKROTNIE podkreślił, że są to tylko pierwsze wrażenia. W związku z tym nie zadał swoich standardowych 3 pytań, nie wystawił grze oceny, a nagranie podsumował zdaniem:

Nie jest to już dla mnie 6/5; ten zapał trochę opadł, ale nadal jest to dla mnie bardzo przyjemna gra, do której chętnie usiądę.

Nagranie poszło w internet, trafiło i na grupę planszówkową na fb… i zaczęło żyć własnym życiem.

Ktoś wrzucił post, sugerujący, że Gambitowi opadł hype i z 6/5 zrobiło się 3/5. Mniejsza, że nic takiego nie powiedział – część osób podchwyciła tę narrację i zaczęła się krytyka już nie tylko gry, ale i samego Gambita oraz recenzentów w tytule. No bo jak to – najpierw 6/5, a potem, kiedy już wydaliśmy swoje pieniądze, to DOPIERO PO STARCIE KAMPANII MÓWI ŻE 3/5? Pojawiła się też narracja, jakoby polscy recenzenci kadzili Wookiemu i unikali krytyki, bo nie kopie się „kolegów z podwórka”. Wśród lawiny komentarzy były też oczywiście takie, które chwaliły rzeczową recenzję.

No właśnie. Recenzję?

Scena 3. On Table

Obawy wiedźminosceptyków nieco potwierdziła za to Asia z kanału On Table. Podzieliła się na facebooku swoimi wrażeniami z – dla odmiany – trzech rozgrywek, zwracając uwagę na downtime, słabą czytelność, męczący rozwój postaci; pokusiła się też o ocenę liczbową – 6/10 dla samej rozgrywki. Wpis został przyjęty dość pozytywnie, jako „pierwsze trzeźwe spojrzenie na grę”. Jak najbardziej zgadzam się z obserwacjami Asi – mi wady aż tak nie przeszkadzały, chociaż nigdy nie powiedziałem, że gra jest idealna – natomiast znowu pojawiły się opinie, że jej wpis to „świetna recenzja”.

Hubert napisał wprost, że jego opinia bazuje na wideo z Geek Factora. Gambit zarzeka się przez pół materiału, że zagrał tylko dwa razy. Asia na wstępie napisała: „tak w wielkim skrócie na podstawie 3 rozgrywek”. A jednak – recenzje, recenzje, recenzje.

Co wolno, a czego nie wolno?

Cała sytuacja skłoniła mnie do zastanowienia się nad etosem recenzenta. Wiem, że ludzie z różnym stopniem krytycyzmu podchodzą do wypowiedzi w internecie, ale musimy sobie powiedzieć, że nierzadko głos recenzenta wpływa na nasze decyzje zakupowe. Bardzo sobie cenię dłuższe wpisy na forum na temat gier, które mnie zainteresują; w końcu prawie każda opinia przed zakupem jest cenna (niestety są tacy, którzy będą bronić nawet horrendalnej głupoty jako „swojej opinii” – ale to temat na inny tekst). Tym niemniej jednak ewidentnie siła oddziaływania Gambita czy Asi jest nieco wyższa, niż wypowiedzi randomowych graczy – w przypadku Wiedźmina ich wypowiedzi są o tyle bardziej wartościowe, że w przeciwieństwie do wielu komentujących mieli okazję zagrać.

Zdaję sobie sprawę, że w internetowej dyskusji używa się pewnych skrótów myślowych i nie każdy nazywający powyższe wypowiedzi recenzjami dokładnie tak je traktuje. Warto jednak w każdej sytuacji stosować krytyczne myślenie, a przede wszystkim wnikliwie słuchać tego, co mają do powiedzenia inni. Sam dosyć sobie cenię wszelkie pierwsze wrażenia, bo na dzisiejszym rynku to właśnie pierwsze wrażenia często decydują o „być albo nie być” każdej gry. Wiem jednak z doświadczenia, że ocena gry – zwłaszcza, gdy mówimy o prototypie – potrafi się jeszcze mocno zmienić i raczej niedobrze jest ferować zbyt pochopne wyroki. Z tego powodu uważam, że wymienieni Gambit, Asia czy Hubert bardzo uczciwie zaznaczają na wstępie, w jakim stopniu zapoznali się z grą.

Zagrać, napisać, zapomnieć

A może jednak recenzenci się bez sensu zarzekają? Może nie ma co się szczypać i zasłaniać „pierwszymi wrażeniami”, bo po 2-3 rozgrywkach w zasadzie już wiadomo, jak będzie wyglądać gra? Kiedy mam zrecenzować grę, rozgrywam ok. 5-10 partii i staram się ograć wszystkie możliwe warianty – mam wrażenie, że to jest absolutne minimum. Powiem więcej – dla wielu osób pewnie i to będzie dalece za mało; pojawiły się zresztą i w dyskusji o Wiedźminie głosy, że w Polsce żaden recenzent nie jest rzetelny, bo do tego trzeba zagrać minimum 20-30 razy. Z drugiej strony kiedy widzę, jaki wpływ na odbiorców mogą mieć takie opinie na gorąco, zastanawiam się, czy to kwestia warsztatu? Czy doświadczony recenzent może opiniować grę po 2 rozgrywkach – a jeśli tak, to czy musi o tym wspominać?

Zasada ograniczonego zaufania

Oczywiście odrobinę przejaskrawiam sytuację – ale zakładam, że przesłanie jest jasne. Nie mam ambicji, żeby ten tekst kogoś przekonał do konkretnych recenzentów albo wręcz przeciwnie. Chciałbym nim tylko zwrócić uwagę, że warto słuchać osób, które się znają na rzeczy. Wbrew spiskowym teoriom recenzenci (przynajmniej niektórzy) naprawdę znają się na tym, co robią i choć czasem mogą mieć niedostatki warsztatowe, to nie wątpię, że starają się uczciwie pokazać wady i zalety ogrywanych tytułów. O tym, czemu zazwyczaj jest to więcej zalet, pisałem już kiedyś – bynajmniej nie wynika to z faktu, że recenzenci się kumplują z autorem i dostają pieniądze. Z drugiej strony jednak – i to kluczowa sprawa – nie należy bezkrytycznie przyjmować cudzej opinii. Jak mawia Gambit – słuchajcie, oglądajcie i czytajcie różnych recenzentów, bo każdy ma inne doświadczenia i zwraca uwagę na coś innego; a ostatecznie gra powinna podobać się WAM.