Star Wars: Zewnętrzne Rubieże – recenzja
Ostatnie lata to dla fanów Star Wars prawdziwy rollercoaster. Skończona została wzbudzająca dość skrajne emocje nowa trylogia, w kinach pojawił się fatalny Solo, nieco „inny” Łotr 1, a w streamingu pierwsze seriale fabularne: Mandalorian i nadchodząca produkcja o Obi-Wanie. Dzieła zróżnicowane nie tylko pod względem jakości, ale i tematyki. Widać jednak pewną tendencję do pokazywania uniwersum z nowej perspektywy, w której wielka wojna jest tylko tłem. W ten trend wpisują się także Zewnętrzne Rubieże – gra, w której zamiast rycerzy Jedi, wcielimy się w przemytników i łowców nagród.
Opowieści z kantyny Mos Eisley
Zewnętrzne Rubieże to gra autorstwa Coreya Konieczki – niemal etatowego projektanta gier z uniwersum Star Wars. Jego samodzielnym tytułem jest rewelacyjna Rebelia, ale maczał palce również w Imperium Atakuje i Star Wars: Przeznaczenie. Każda zupełnie inna, ale każda zrobiona dla fanów. Zwłaszcza Rebelia wprost rewelacyjnie oddaje klimat Gwiezdnych Wojen, ale jako gra głównie dwuosobowa i dość długa (ok. 3h/rozgrywka) nie podpasuje każdemu. Zewnętrzne Rubieże natomiast miały być czymś bardziej przystępnym – lekką, niemal „talismanową” przygodówką. W takiej roli spełniają się rewelacyjnie – choć mam do gry sporo uwag. Pokusiłbym się wręcz o tezę, że widzę w niej więcej wad, niż zalet, co nie przeszkadza mi się świetnie przy niej bawić.
W Zewnętrzne Rubieże może zagrać od 1 do 4 osób. Każdy z graczy wciela się w znaną z uniwersum postać – np. Lando, Hana, Bobe Fetta lub Jyn Erso. Na start dostajemy prosty statek, pierwsze zadanie i trochę kasy. Zadania dzielą się z grubsza na trzy typy: ładunki, nagrody i misje. Każda postać ma pewne predyspozycje – ale gra pozwala nam na zostanie, kim chcemy. Dzięki temu możemy grać droidem-zabójcą przekwalifikowanym na przemytnika lub jako Lando polować na trofea. Naszym obszarem działania są zaś tytułowe obrzeża galaktyki – Zewnętrzne Rubieże. Gra dzieje się w czasach oryginalnej trylogii, jednak z dala od serca konfliktu. Fabuła jest w związku z tym zdecydowanie bardziej „przyziemna”, niż choćby w Rebelii.
Cienie Imperium
Gra z grubsza sprowadza się do latania od planety do planety, realizowaniu zleceń i rozwijaniu swojej postaci. Konkretniej – głównie naszego statku i ekwipunku. Każdy ma jednak także specjalną zdolność oraz tzw. cel osobisty, po realizacji którego „odblokowujemy” nową umiejętność. Co więcej, nasze działania przekładają się nie tylko na punkty, ale i na popularność. W grze występują 4 stronnictwa: Rebelia, Imperium, Huttowie i Syndykaty – a z każdym z nich możemy mieć lepsze lub gorsze relacje. Jeśli zaś u kogoś sobie za bardzo przechlapiemy, grozi nam starcie z patrolem danej frakcji. Można je zresztą też atakować samodzielnie – choć im dłużej trwa rozgrywka, tym jest trudniej.
Jeśli po poprzednich dwóch akapitach dalej nie do końca wiecie, co właściwie trzeba robić w Zewnętrznych Rubieżach, to się nie dziwcie. Jest to gra bardzo otwarta – jej głównym założeniem jest brak ograniczeń: każdy dostaje statek i dalej może robić to, co mu się podoba. W tym sensie przypomina inne gry-sandboxy, jak np. Western Legends (podobno, choć nie miałem okazji zagrać, także Kupców i Korsarzy). Na każdej z planet można spotkać inne znane postaci ze świata Gwiezdnych Wojen. Za część z nich można zgarnąć nagrody, innych możemy zatrudnić jako swoich załogantów. Wśród nich znajdziecie tak znanych bohaterów jak Chewbacca, Leia czy Greedo.
Spotkanie na Mimban
Jedną z istotnych cech, a zarazem problemów gry jest interakcja z innymi graczami. Jeśli podejdziecie do gry mocno optymalizacyjnie, a Wasze postaci nie będą miały konfliktu interesów, Zewnętrzne Rubieże mogą być nudne jak flaki z olejem. Mechanicznie grę można sprowadzić do prostej zabawy w „podnieś i dostarcz” (pick-up & deliver). Choć na pierwszy rzut oka gra łowcą nagród lub agentem specjalnym wydaje się działać inaczej, w gruncie rzeczy sprowadza się do tego samego, co kariera przemytnika. Lecimy na planetę – bierzemy zadanie – lecimy na inną je wykonać. W przypadku walk i misji trochę jeszcze porzucamy kostkami. Nie należy się zatem nastawiać na fajerwerki mechaniczne i głęboką strategię. Był to zresztą chyba największy zarzut do gry, od której wielu osób oczekiwało następcy Rebelii.
Tymczasem Zewnętrzne Rubieże jako lekka przygodówka w dobrym gronie sprawdzają się rewelacyjnie! Oczywiście jest to gra od fanów i dla fanów, ale jeśli kupicie jej konwencję, to gwarantuje Wam świetną rozgrywkę. Jak w mało którym tytule lubię się wczuwać w swoją postać, czytać fluff na kartach i bardziej bawić się w Gwiezdne Wojny, niż dążyć do wygranej. Interakcji, zwłaszcza na 3 i 4 osoby, też nie zabraknie – w grze pojawiają się listy gończe na innych graczy, pojedynki kościane itd. Gra dopuszcza także dość swobodny handel – nie tylko w ramach rynku kart, gdzie możemy zawsze wybierać z sześciu różnych talii oraz chować przeciwnikom to, na co polują. Możemy ponadto wymieniać się informacjami, negocjować z innymi, bronić lub sprzedawać naszych załogantów… przy dobrym nastawieniu z gry można wycisnąć naprawdę wiele. Ach, i warto wspomnieć – tryb solo jest również zrobiony bardzo sensownie.
Ciemna strona Mocy
Osobiście uwielbiam Zewnętrzne Rubieże, jednak staram się nie grać częściej niż raz na 1-2 miesiące. Gra cierpi bowiem na bardzo poważny brak – wręcz prosi się o duży dodatek. Choć pozornie występuje w niej wiele elementów, a sama rozgrywka nie jest długa – 2h to raczej maksimum – w ciągu jednej partii zobaczycie 80% zawartości. Nie jest to dobry znak w przypadku przygodówki. Nie wydaje mi się, żeby gra wyjątkowo premiowała znajomość kart, ale chciałbym być w niej częściej zaskakiwany. Talie nagród czy ładunków są tak małe, że w czteroosobowej grze czasem przewiniemy je po dwa razy! Numery kart w talii wskazują, że od początku planowany był co najmniej jeden duży dodatek. Mechanicznie nie widzę tu wiele do poprawy, choć zdaję sobie sprawę, że taka lekka rozgrywka nie każdemu się spodoba. Mała różnorodność elementów i pewna powtarzalność, mimo sporej puli postaci do wyboru, to jednak błąd niewybaczalny.
Ostatni rozkaz
Zewnętrzne Rubieże nie są najlepszą grą ze świata Star Wars – ten tytuł bezapelacyjnie dzierży Rebelia. Ba, dostrzegam w nich istotne wady: za mało kart, potencjalnie ograniczona interakcja, niemała losowość. Zdecydowanie nie jest do pozycja dla fanów głębokich strategii. Bawię się jednak przy niej zawsze wyśmienicie i traktuję jako swoje planszówkowe guilty pleasure. Moim zdaniem fani Gwiezdnych Wojen powinni spróbować, aczkolwiek nikomu nie polecę zakupu w ciemno. Jeśli natomiast chcecie zobaczyć, jak wygląda rozgrywka, zachęcam do prześledzenia swojej relacji.
Zalety:
- Star Wars!
- Można zagrać Hanem i latać z Chewbaccą Sokołem Milennium
- Albo Bobą Fettem, kupić Slave 1 i polować na Hana
- Relaksująca rozgrywka
- Różne ścieżki rozwoju
- Tryb solo
Wady
- Mała pula kart, ograniczająca regrywalność
- Gra traci w małym gronie
- Spora losowość
- Gdyby nie licencja, byłby średniaczek
Końcowa ocena:
Zewnętrzne Rubieże spotkały się po premierze z wieloma negatywnymi komentarzami, ale moim zdaniem zagrać w nie warto. W miarę możliwości najpierw zagrać, później ew. kupować. W przypadku jednak, gdy optymalizacja i strategia są dla Was najistotniejsze, lepiej unikać.








