Okazje do przegapienia
Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie połasił się na artykuł w promocji czy wyprzedaży. W światku planszówek jest to nagminne i sam niejedną grę kupiłem głównie dlatego, że była w bardzo dobrej cenie. Z tego co obserwuję, pogoń za okazjami przybiera jednak w ostatnich latach absurdalne rozmiary. Z pewnością jest też tak, że znając kilkaset gier, nie widzę sensu w polowaniu na pewne tytuły nawet za darmo – i tak wiem, że w nie nigdy nie zagram, toteż łatwo mi się wypowiadać… Tym niemniej dziś parę przemyśleń, czy i kiedy okazję warto łapać, a kiedy można ją swobodnie przegapić.
Blek Frajdej
Tak, oczywiście zbliżający się Black Friday był jedną z inspiracji do napisania tego tekstu. Od paru lat jednak – w zasadzie od czasu, kiedy ten zwyczaj stał się popularny w planszówkach – niezmiennie mam wrażenie, że budowany hype nie ma żadnego przełożenia na rzeczywistość. Jest to jednak całkiem logiczne: żadne wydawnictwo ani sklep nie przecenia gier, które się dobrze sprzedają, a te, które zalegają na magazynach. Sam pracowałem w sklepie i wiem, jak dużo miejsca zawalają pozycje, którymi się przez wiele miesięcy nikt nie zainteresuje. Jednocześnie umówmy się: żeby utrzymać klientów przy sklepie, wyprzedaże i promocje należy robić cyklicznie, więc czekanie na Black Friday – kiedy dana oferta i tak może zginąć w tłumie podobnych – wydaje się być mało sensowne. Wiele sklepów i wydawnictw zresztą zdało już sobie z tego sprawę, dlatego w tym roku już od wczoraj obserwujemy niemal wszędzie „Black Week” – żeby ubiec konkurencję.
Niezmiernie bawią mnie przy tym regularnie wylewane żale, że „w tym roku na Black Friday żadnych ciekawych tytułów”. Oczywistym jest, że na wyprzedaże czasem trafiają gry dobre, które zostały źle rozreklamowane/przestrzelone z nakładem/wydane w złym momencie itd. (niepotrzebne skreślić). Równie oczywistym jest to, że szansa, że popularny tytuł, na który się czaimy od dłuższego czasu trafi na nie wiadomo jaką promocję, jest znikoma. Dlatego Black Friday się w znakomitej większości sprowadza do wyprzedawania resztek magazynowych z tytułów, które i tak już od dawna krążą po wyprzedażach lub stosunkowo niewielkich (10-20 zł) obniżek na gry popularne. Ciekawi mnie, ile będzie kosztowała np. gorąca nowość od Granny – Dwergar – którą szumnie zapowiadają na Black Friday. Gra jest obecnie dostępna za ok. 110-120 zł i nie sądzę, żeby zjechała poniżej 90 zł (nie zmienia to jednocześnie faktu, że w moim przekonaniu jest to gra znakomita i ją gorąco polecam!). Zwłaszcza, że wydawnictwo raczej nie wrzuci gry w cenie niższej, niż kupują ją sklepy.
Krzaki
Nie raz i nie dwa zdarzyło się, że w związku z upadkiem jakiegoś wydawnictwa, wszystkie jego gry – również te bardzo dobre – trafiały na absurdalne wyprzedaże, ponieważ właściciel ewidentnie musiał spieniężyć resztki towaru i zamknąć biznes. Pamiętam, jak parę lat temu przecenione były gry Fullcap (np. Badacze Głębin i Dolina Kupców), a teraz podobne zjawisko obserwuję w przypadku gier Funiverse – tych od Western Legends i nowej wersji Kemeta. Pewien sklep wyprzedaje te gry za śmiesznie niskie kwoty i zupełnie mnie nie dziwi, że ludzie się na to rzucili. Osobiście nie wziąłem udziału w tej promocji z dwóch powodów: po pierwsze, Western Legends mam, a pozostałe gry mnie nie interesują (no dobra, w Kemeta bym zagrał, ale raczej w większym gronie i po pandemii); po drugie jednak, nauczyłem się już, żeby kupować gry wyłącznie w sprawdzonych sklepach. Profesjonalna obsługa klienta to czynnik, za który jestem w stanie dopłacić parę złotych więcej.
Niezmiernie mnie ubawiły głosy na forum na temat w/w promocji, gdzie ludzie skarżą się, że kontakt ze sklepem jest fatalny, pakują gry byle jak, a w zamówieniach są błędy. Serio? Zrobiliście zakupy w sklepie, którego nikt nie polecał, za śmiesznie niskie kwoty i dziwi Was, że na czymś tną koszty? Tak, to właśnie są koszty cięte na obsłudze. Tak samo zresztą można się przejechać na wielu księgarniach/hurtowniach internetowych, które planszówki kupują w większych ilościach, niż typowe sklepy hobbystyczne; dzięki temu mogą narzucić bardzo niską marżę i dla niestrudzonych łowców okazji zaproponować najlepszą cenę. Ja się jednak osobiście nauczyłem, że w sklepach stricte planszówkowych – sprawdzonych, prowadzonych przez fachowców, posiadających duży asortyment – po prostu zakupy robi się łatwiej i przyjemniej, a obsługa posprzedażowa jest dużo lepsza. Gorąco zachęcam, żeby kupować właśnie w takich miejscach.
Osobna kwestią przy okazji masowych wyprzedaży jest niezbyt szanowany przeze mnie proceder kupowania gier wyłącznie na odsprzedaż, jakże popularny w naszym środowisku. Sam fakt, że niedostępną grę odsprzedajemy na rynku wtórnym za wysoką cenę mnie nie razi – może czasem ceny osiągane przez Ankh-Morpork czy Chaos w Starym Świecie mnie bawią, ale jeżeli jest ktoś chętny, to co mi do tego. Bardziej mnie irytuje, jeśli ktoś sprzątnie mi sprzed nosa dobrą okazję – czy to prywatną ofertę, czy z wyprzedaży sklepowej, a za chwilę widzę tę samą grę na bazarku z opisem „zdublowany prezent”, „nie wiedziałem, że jest po niemiecku” czy innym „mam horom curke”. Ech, że też komuś się chce… troszkę może przesadzam, ale pamiętam 2 razy sytuację, jak pewien znany powszechnie planszówkowy „biznesmen” dwa razy zgarnął mi coś sprzed nosa i jeszcze chciał potem ode mnie coś wytargować.
Gra niewarta świeczki
Dość powszechną opinią – i jak wiele powszechnych opinii, dość bezsensowną – że wartość gry powinno się mierzyć wyłącznie jakością i liczbą komponentów. Z tego się zresztą bierze sukces projektów kickstarterowych; tym niemniej „wartość” w przypadku planszówek dla mnie jest przede wszystkim mierzona tym, jak bardzo w daną grę chcę zagrać. Regularnie powracające pytania o to, czy „warto” kupić dany tytuł, są de facto pytaniami bez dobrej odpowiedzi – pytanie, czego potencjalny kupujący oczekuje od gry. Będzie z nią spędzał każdy weekend? Ma dużo gier i pewnie wyciągnie raz na rok? Planuje zagrać i odsprzedać? Jeżeli szukamy opinii o grze, to nie zaczynajmy pytania od „czy warto”, tylko „czy to jest dobra gra”, a jeszcze lepiej: „czy to jest gra dla mnie, jeśli…” (i tu wymagania). Owszem, opinie też będą różne, ale zdecydowanie bardziej – nomen omen – wartościowe. A tak już poza wszystkim, najlepiej na początku zajrzeć do recenzji. No chyba, że się jest planszówkowym foliarzem i zakłada, że recenzentom ktoś płaci.
Recenzenci tworzą głównie po to, żeby można było ocenić grę przed zakupem. Znakomita większość tytułów trafiających na wyprzedaże to gry, które już jakiś czas funkcjonują na rynku i nawet jeżeli się zbyt dobrze nie sprzedają, to prawie na pewno ktoś już o nich pisał, mówił czy nagrywał. Osobiście uważam, że na promocjach można czasem wyhaczyć naprawdę wspaniałe tytuły – ale jeśli nie jest to okazja typu „5 minut na decyzję, bo potem nie będzie”, polecam najpierw poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z opiniami. Nie każda gra na wyprzedaży to śmieć, ale i nie każda jest dobra. A na promocjach, gdzie trzeba się decydować błyskawicznie (jak np. ostatnio w Rebelu), warto brać tylko te rzeczy, które już wcześniej mieliśmy na radarze. Sam w piątek kupiłem Caylusa w bardzo dobrej cenie i cieszę się, że zdążyłem – ale gra była od dawna na mojej wishliście.
O piractwie słów kilka
Pierwotnie dzisiejszy tekst miał być w całości poświęcony piractwu, ale plany się oczywiście zmieniają; tym niemniej chciałbym ten temat również poruszyć. W zeszłym tygodniu na grupach planszówkowych na facebooku wybuchła tradycyjna gównoburza o Aliexpress i o to, czy warto kupować tam planszówki; odpryskami tych dyskusji były rozważania, czy może planszówki na Ali tak naprawdę są legalne oraz dywagacje, czy skoro nie kupię gry w normalnej cenie (bo nie jest tego, hehe, warta), to wydawnictwo cokolwiek traci, jeśli kupię na Ali.
Otóż tak, traci. Kupowanie podróbek na Aliexpress to piractwo. Piractwo to kradzież.
I właściwie mógłbym na tym zamknąć temat, ale jeżeli trafię choć do jednej osoby, to będzie już jakiś sukces.
Pisał Marek z Muduko, pisał Nataniel z Rebela, mówili Merry i Ignacy Trzewiczek w ostatnim Portalowym podcaście. Gry na Aliexpress to podróbki, nawet jeżeli drukowane z tych samych plików, co oryginały. Nie są opłacone przez wydawcę, autor nie czerpie z nich zysku, zatem to_są_podróbki. Na oryginalny towar dostaniesz paragon albo fakturę od wydawcy i tyle, jeżeli dystrybutor Ci tego nie zapewnia, nie jest to legalne. I naprawdę nie chodzi o to, czy podrabiany Dixit ma karty identyczne z oryginałem, czy wydrukowane na papierze toaletowym i w mniejszym formacie. Nic nie usprawiedliwia kupowania podróbek. Argument zaś o tym, że „inaczej i tak bym nie kupił/a tej pozycji” jest bzdurą; jeśli gra nie interesuje Cię na tyle, żeby kupić oryginał, to naprawdę przeżyjesz również bez podróbki.
Kilka osób oburzało się, że piratem nie jest ten, co kupuje, tylko co najwyżej ten, co sprzedaje. Jest to kompletnie jałowa dyskusja, bo clue problemu leży gdzie indziej – kupując u pasera, działasz na szkodę wydawcy i autora, a pośrednio na szkodę całego rynku planszowego. Wydawnictwa planszówkowe to naprawdę nie są gigantyczne korporacje i nie czerpią ze swojej działalności wielkich zysków; przypuszczam, że poza Portalem i Rebelem nikt w Polsce nie zatrudnia nawet kilkunastu pracowników. Jeśli oryginalne gry będą się gorzej sprzedawać, to mniej tytułów będzie wydawane, a rynek będzie rozwijał się wolniej.
Dlatego jeśli, drogi czytelniku, spodobały Ci się okazyjne ceny na Aliexpress i kupowałeś/kupowałaś tam gry, proszę, przestań. Gwarantuję, że nawet bez Black Friday i innych wyprzedaży można w Polsce kupić gry w znakomitych cenach (o planszówkowym drugim obiegu pisałem 3 lata temu). Tym niemniej promocje w sklepach są po to, żeby z nich korzystać – jeśli traficie na coś, co Was interesuje, kupujcie i grajcie 😉 A ja czekam na upolowane okazyjnie dwie części Unlocka (tylko karty w pudełku i do całkowitego przejścia w 3 godziny, bezwartościowa gra!) i życzę miłego Black Week. Pamiętajcie tylko, że bywają okazje całkowicie do przegapienia!





