The best of 2022

Ostatnie miesiące mocno mnie przycisnęły zawodowo i nie miałem zbyt wiele czasu na prowadzenie bloga. Tym niemniej 2022 rok był bardzo owocny pod względem planszówek – poznałem przeszło 100 nowych gier. Zapraszam na podsumowanie najciekawszych tytułów, jakie wpadły w minionym roku na stół.

Kolejny rok z rzędu skończyłem z zagranymi niemal 200 różnymi grami, z których ponad połowę stanowiły nowości. Wiele z nich było zagrane w ramach przetestowania wyłącznie po razie, ale też kilka spodobało mi się na tyle, że wracały na stół nieco częściej. Nie mam ciśnienia na ogrywanie wyłącznie nowości, dlatego trafiały się i nieco starsze perełki – ale również świeżutkie premiery.

Podobnie jak w zeszłym roku, podzieliłem topkę na trzy części:

  • Najlepsza dziewiątka gier poznanych w 2022 roku
  • Lista rezerwowa – tytuły, które brałem pod uwagę i generalnie uważam za bardzo dobre, ale się nie zmieściły
  • 9 gier, w które zagrałem zaledwie raz, ale bardzo chętnie to powtórzę

Nie brałem pod uwagę prototypów ani „oszukanych” nowości np. w stylu kolejnych Unlocków. Miałem też pewien problem z grami wydanymi przez Lucky Duck Games – z jednej strony chciałem ich nie brać pod uwagę, z drugiej jako gracz i (były?) recenzent mam poczucie, że nie chcę sztucznie wyrzucać pełnoprawnej gry, którą uważam za obiektywnie świetną. Jeśli Wam to przeszkadza – weźcie tytuły wydane przez LDG Polska w nawias 😉

A zatem – trochę spóźniony, ale jest:

Top 9 gier poznanych w 2022 roku

(tym razem alfabetycznie, bo gry są na tyle różne, że nie umiem ich w łatwy sposób uszeregować)

Ark Nova

Tutaj nie będę się za wiele powtarzał, bo mogę wyjątkowo odesłać do swojej recenzjiArk Nova przypuściła prawdziwy szturm na ranking BGG i ciężko się dziwić – gra znakomicie kompiluje wszystkie najlepsze cechy z gatunku tableau building i jak dla mnie o kilka długości przewyższa Terraformację Marsa. Znakomite karciane euro z ogromną regrywalnością, kilkoma drogami do zwycięstwa i sporą głębią. I tylko szkoda, że na grafice nieco przyoszczędzono… ale na szczęście do czytelności nie mam zarzutów. Brać i grać!

Ark Nova

Décorum

Najlepszy zakup z tegorocznego Essen. Gra tak prosta w założeniach, że aż dziwne, że do tej pory nikt jej nie wymyślił. Décorum to kooperacja o wspólnym urządzaniu domu, w której możemy tylko przestawiać graty i przemalowywać ściany, ale nie wolno nam wprost powiedzieć, jak nasze wspólne mieszkanie ma wyglądać. Krótko mówiąc – gra w „domyśl się!”; dozwolone jest jedynie głośnie chwalenie lub wyrażanie dezaprobaty wobec działań innych graczy. Z założenia dwuosobówka, choć w pudełku są też scenariusze dla 3 i 4 graczy i działają równie znakomicie – chociaż wówczas gra trwa bliżej 45, niż 15 minut. Szybka rozgrywka, banalne zasady i dobrze działająca ograniczona komunikacja – Décorum to definicja dobrego koopa z oryginalnym tematem.

Decorum

Eclipse

Kolejny rok przyniósł kolejną znakomitość z gatunku 4X. W Eclipse grałem na razie dopiero kilka razy, ale z miejsca je polubiłem – i to mimo generycznego sci-fi, za którym nie przepadam. Pozytywnie zaskoczył mnie relatywnie krótki czas rozgrywki i bardzo satysfakcjonujące poczucie rozwoju swojego imperium. Nie wydaje mi się, żeby Clash of Cultures mogło zostać zdetronizowane, ale na korzyść Eclipse przemawia możliwość gry w aż 6 osób i bardzo eleganckie zasady. Jestem też pod ogromnym wrażeniem, jak wiele dają w tym wypadku solidne GameTrayzy – odpowiednio spakowane Eclipse rozkłada się wręcz błyskawicznie. Sprawiłem sobie na święta własny egzemplarz i na pewno będę do niego wracał!

Eclipse

Gra w kotka i pyszczek

DOSKONAŁA dwuosobowa zręcznościówka, DOSKONAŁA. Absolutny hit tegorocznych wyjazdów „zawodowych”. Nie ma co się specjalnie rozpisywać, to po prostu świetna zabawka dla wszystkich (nie, nie grywam wyłącznie z dziećmi – wręcz przeciwnie). Satysfakcja z wygrania choćby jednego punktu – bezcenna.

Gra w kotka i pyszczek

Nidavellir

Tym razem się dla odmiany troszkę rozpiszę. Nidavellir nieco niepostrzeżenie przemknął przez planszowy rynek, a niesłusznie – bo to znakomita i oryginalna gra licytacyjna. Teoretycznie zbieramy krasnoludy na jakąś wyprawę w poszukiwaniu smoka (?), ale trzeba przyznać, że temat jest tu wybitnie pretekstowy – co zresztą sporo osób krytykowało. Jeśli jednak nie przeszkadza Wam brak wyraźnie zarysowanego klimatu, to znajdziecie tu świetną, nieoczywistą i dość szybką grę dla geeków. Podstawową mechaniką jest licytacja, ale podana w dość nowatorski sposób. Każdy bowiem zaczyna z identycznym zestawem 5 monet, których nigdy nie tracimy. W każdej rundzie bierzemy udział w 3 osobnych licytacjach, a jeśli którąkolwiek całkowicie odpuścimy, mamy prawo przekuć dwie nieużyte monety na lepszy nominał. W Nidavellir niemal co chwilę następuje moment „nagrody” – czy to wtedy, gdy wygrywamy licytację o pasującą kartę, czy też wtedy, kiedy rozbudowujemy nasz monetarny silniczek. To właśnie moim zdaniem sprawia, że choć Nidavellir raczej nie aspiruje to miana planszówkowej rewolucji, jest po prostu cholernie przyjemną gierką. A że pojedyncze partia trwa niecałe 45 minut, to znakomicie nadaje się na przystawkę lub deser po dłuższym graniu. Gorąco polecam, ukryta perełka!

Nidavellir

Paleo

Zdaję sobie sprawę, że w przypadku gier wydawanych w Polsce przez Lucky Duck Games mogę nie być obiektywny, ale Paleo zasługuje moim zdaniem na wyróżnienie. Jest to kooperacyjna gra o życiu w prehistorycznych czasach, w której naszym nadrzędnym celem jest przetrwanie. Musimy zdobyć żywność, schronienie i ochronić się przed drapieżnikami. Brzmi odrobinę znajomo – i słusznie, bo nieco podobny vibe odczuwam przy rozgrywkach w Robinsona Cruzoe. I choć sam bardzo chętnie wracam regularnie do Robinsona, to gdyby mnie ktoś dziś poprosił o polecenie gry w tym klimacie, w 9 przypadkach na 10 polecałbym PaleoBo to gra prosta w zasadach, za to pełna trudnych wyborów, oryginalna mechanicznie i dająca poczucie prawdziwej kooperacji. Podstawowy trik polega na tym, że w każdej rundzie każdy z graczy musi zagrać jedną z trzech kart z wierzchu swojej talii, ale znane nam są jedynie rewersy – które sugerują, ale nie mówią wprost, co może się wydarzyć. Czy jak pójdę do lasu, to faktycznie przyniosę drewno lub żywność? A może zaatakuje mnie jakieś dzikie zwierzę? Paleo jest grą o szacowaniu ryzyka, która dość sprytnie zmusza graczy do wspólnego planowania ruchów. Ciekawym twistem jest też fakt, że przed rozgrywką… nie znamy do końca warunku zwycięstwa – wiadomo, że musimy zdobyć 5 części malowidła z mamutem, ale sposób ich zdobycia różni się w zależności od scenariusza. Jeśli nie odrzuca Was sama idea kooperacji, warto poznać – Paleo dość wyraźnie odróżnia się od innych gier z tego gatunku. I to na plus!

Paleo

Top 10

Hit końcówki roku – znakomita, pobudzająca kreatywność imprezówka. Każdy z graczy otrzymuje kartę z wartością od 1 do 10 (bez powtórek). Następnie jedna osoba czyta zajawkę, np. „czego najbardziej brakowałoby Ci na bezludnej wyspie?”, po czym każdy musi odpowiedzieć zgodnie z otrzymaną kartą – gdzie 1 określa dół skali, a 10 górę. Finalnie czytający musi uszeregować odpowiedzi od najniższej do najwyższej liczby. Gra odrobinę przypomina Spektrum Oto jest pytanie!, ale moim zdaniem jest od nich po prostu lepsza. Co więcej, bez większego problemu można w nią grać np. w autokarze. Top 10 wskakuje bardzo wysoko w moim rankingu imprezówek i było jednym z najlepszych zakupów w ciemno w tym roku.

Top 10

Tyrants of the Underdark

W dziedzinie deckbuilderów wymyślono już naprawdę wiele, a jednak w zasadzie co roku coś mnie pozytywnie zaskakuje. W tym roku byli to niesławni Tyrani Underdarku, w których zagrałem nieco z przypadku… i bardzo szybko kupiłem. Prosty i satysfakcjonujący deckbuilder, a jednocześnie bardzo dobrze działające area control – Tyrants of the Underdark czerpie z obu gatunków najlepsze elementy. Jakość wydania może nie jest szałowa (malutkie żetoniki, dość cienkie karty, średnio zaprojektowana wypraska), ale przy obecnych promocyjnych cenach to na pewno gra warta zakupu.

Tyrants of the Underdark

Wonderland’s War

Wonderland’s War grałem dopiero kilka razy, ale poza lekkim downtime w pełnym składzie mogę o niej mówić wyłącznie w superlatywach. Połączenie area control z bagbuildingiem (moją ulubioną mechaniką), na dodatek ze świetnym tematem i asymetrycznymi bohaterami. Widziałem sporo opinii przyrównujących ją do Szarlatanów z Pasikurowic i mam wobec nich mieszane uczucia – to prawda, występuje tu ten sam element push-your-luck przy wyciąganiu żetonów z woreczka, ale jednocześnie ogólne odczucia z gry są kompletnie inne. To nie jest coś, co wyciągniemy w leniwe niedzielne popołudnie z rodziną – prędzej zagracie na wieczorze gier z bandą geeków. W miarę możliwości i dostępności próbujcie, bo warto. Aha – wersja kickstarterowa może i faktycznie ma dużo fajniejsze żetony, ale figurki w tej grze są moim zdaniem dużo mniej praktyczne od standies. Co nie zmienia faktu, że prezentują się bajecznie!

Wonderland's War

Wyróżnienia warte wspomnienia

 

alt

…czyli lista rezerwowa – każdą z tych gier przez chwilę rozważałem w wyższej kategorii.

Burgle Bros – bardzo klimatyczny koop, w którym wcielamy się w bandę złodziei i rabujemy bank. Gra nieco w stylu Pandemii, ale z oryginalnym tematem i bardzo pasującą doń mechaniką. Grałem w kilku różnych składach i w zasadzie za każdym razem siadło, a co więcej ani razu nie miałem poczucia, że Burgle Bros grozi syndrom lidera – opcji jest na tyle dużo, że przed każdym ruchem warto naradzać się z współgraczami. Uciekanie przed patrolującymi korytarze strażnikami jest naprawdę emocjonujące!

Burgle Bros

Królestwo Królików – gra już nie pierwszej młodości, ale dopiero w zeszłym roku trafiła na stół… i to od razu kilkukrotnie w krótkim czasie. Bardzo ciekawy draft, w którym próbujemy dobrać takie karty, by zajmować jak najlepsze obszary na wspólnej planszy. Co jednak istotne, można też niemal całkowicie odpuścić ekspansję i skupić się na zdobywaniu punktujących kart skarbów. W przeciwieństwie do np. Nowego Wspaniałego Świata czy nawet 7 Cudów Świata, w Królestwie Królików niezwykle silny jest hate-draft – cały czas warto zerkać do księstw sąsiadów i starać się odciąć ich od najbardziej wartościowych pól. Gra ma pewne problemu z user experience (za mała plansza + bardzo dużo liczenia), ale na razie ma bezpieczne miejsce w mojej kolekcji.

Królestwo Królików

Pan Am – wręcz idealny przykład gry „next step”. W Pan Am tworzymy połączenia lotnicze, które następnie sprzedajemy tytułowym liniom lotniczym za akcje, będą w istocie punktami na koniec gry. Worker placement, odrobina licytacji i szczypta ekonomii – świetna gra na rozpoczęcie planszówkowej kolekcji. Niestety nie posiada polskiego wydania, ale angielski jest na bardzo przystępnym poziomie, a i cena nie odstrasza.

Pan Am

Radlands – ponownie: oczywiście mogę być nieobiektywny, ale imho to jedna z najlepszych premier Lucky Duck Games w Polsce w zeszłym roku. Pojedynkowa karcianka w postapokaliptycznym świecie, która już w pierwszej partii powoduje parowanie głowy, a zyskuje z czasem. W Radlands mamy bardzo mocno ograniczone zasoby i mało opcji na poprawę „ekonomii”, zatem gra jest bardzo taktyczna. Ciekawą mechaniką są też wydarzenia, czyli karty zagrywane z opóźnionym zapłonem. Niestety jest to wyłącznie gra dwuosobowa i zdecydowanie spoza gatunku akceptowanego przez moją współgraczkę, więc… gram tylko ze znajomymi z pracy i na konwentach. Ale to dobre jest!

Radlands

Soviet Kitchen – pierwowzór Głodniaków z absolutnie fantastycznym i jednocześnie makabrycznym tematem. Wcielamy się w rolę kucharza gotującego dla Armii Czerwonej potrawy ze starych kaloszy, zgniłych odpadków i radioaktywnych wiewiórek. Temat tak bardzo NIEdziecięcy, jak się tylko da, ale w gronie dorosłych sprawdza się całkiem nieźle. I choć gra w mieszanie kolorów w aplikacji z założenia jest grą jednej sztuczki i może się szybko znudzić, to nabiłem sporo partii w Soviet Kitchen z różnymi ludźmi i z naprawdę nielicznymi wyjątkami gra spotkała się z ciepłym przyjęciem.

Soviet Kitchen

Tajniacy: Duet – nie jestem fanem Tajniaków. Bardzo podoba mi się pomysł na grę słowną, ale mam poczucie, że od czasu Tajniaków został on już rozwinięty i poprawiony w takich grach, jak Daj namiar czy Gra w Zielone. Nie miałem zatem wielkich oczekiwań wobec wersji Duet, a jednak zostałem miło zaskoczony. Nie dość, że gra działa zaskakująco dobrze jako kooperacja dla pary, to jeszcze jest po prostu dużo bardziej dynamiczna od pierwowzoru. Dodatkowym smaczkiem jest „tryb kampanii”, który zachęca do stawiania sobie coraz większych wyzwań. Jeśli ktoś lubi Tajniaków – pozycja obowiązkowa, a jeśli nie… to też może się spodobać.

Tajniacy Duet

The Shipwreck Arcana – oryginalna i sprytna kooperacyjna gra dedukcyjna, niestety bardzo słabo obecnie dostępna, a szkoda. Każdy z graczy losuje numerek z woreczka i za pomocą specjalnych kart tarota stara się naprowadzić innych w ten sposób, żeby zgadli ten numerek. Gra jest trudna, ale niesamowicie satysfakcjonująca w momencie zwycięstwa. Gdyby kiedykolwiek pojawił się dostępny egzemplarz w sensownej cenie, na pewno rozważę kupno.

Tribes of the Wind – jestem fanem kreski Vincenta Dutrait, więc nawet jeśli grafiki są lekko przekombinowane, to wciąż śliczne. Tribes of the Wind to całkiem udany zakup z ostatniego Essen – lekkie i szybkie karciane euro z leciutką asymetrią i dosyć sprytnym trikiem: moc naszych kart zawsze zależy od tego, co aktualnie znajduje się na rękach przeciwników (widzimy same rewersy). Z przyjemnością zawsze zagram, chociaż nie polecam zaczynać od partii pięcioosobowych – może się lekko ciągnąć.

Tribes of the Wind

Zwrotnice i semafory – kolejny koop na liście, a jednak ponownie dość unikatowy. Swoisty pick-up & deliver, w którym musimy zarządzać ruchem pociągów w taki sposób, żeby dowieźć konkretne towary w odpowiednie miejsca. Gra w zarządzanie chaosem i przez to nieco losowa, ale bardzo elegancka mechanicznie i dość unikatowa. Nieco dłuższy tekst poświęciłem jej na Board Times.

Zwrotnice i Semafory

Ja chcę jeszcze raz!

alt

Na koniec ostatnia kategoria, czyli gry, w które zagrałem zaledwie raz – ale z tych czy innych powodów chętnie do nich wrócę.

Barrage – całkiem niestara gra, która błyskawicznie zdobyła serca eurograczy i dla wielu jest arcydziełem porównywalnym z Brassem. Zagrałem raz i powiem tak – rozumiem, chociaż jednocześnie nie jest to typ gry, do której będę wracał regularnie. Ogromną zaletą Barrage jest bowiem bardzo wysoki (jak na ten gatunek) poziom interakcji, który sprawia, że gra znacząco zyskuje w ogranym i sprawdzonym gronie. I tutaj mam z nią problem – ponieważ często gram z różnymi osobami (i na różnym poziomie zaawansowania), a do Barrage chciałbym mieć stałą ekipę (i samemu grywać regularnie). Tym niemniej baaardzo chętnie jeszcze kiedyś wrócę do tego tytułu, bo to znakomity, dopracowany i satysfakcjonujący worker placement.

Barrage

Blood on the Clocktower – kolejna wariacja na temat Mafii – wyróżniająca się przede wszystkim mrocznym tematem i wpływem prowadzącego na rozgrywkę. Każdy z graczy otrzymuje swoją unikalną rolę, a nawet Ci zabici podczas nocy wciąż biorą udział w grze (choć ich udział w głosowaniach jest ograniczony). Kocham tego typu gry i bawię się przy niej świetnie, CHOCIAŻ nie mam poczucia, że rewolucjonizuje ona gatunek. Lekkie oszustwo w tej kategorii, bo w 2023 roku udało mi się już zagrać ponownie. Nieco męczy mnie, jak długo trzeba ją tłumaczyć, ale jak już się zacznie grać – prawdziwy cymesik.

Blood on the Clocktower

Boże igrzysko – prawdziwy staroć i biały kruk, którego zdobyłem w tym roku na licytacji. Gra Martina Wallace’a o Rzeczypospolitej Szlacheckiej, w której wcielamy się w przedstawicieli magnackich familii. Mechanicznie nieco trąci myszką – mnóstwo mikrozasad, słabe skalowanie (wymyślona została wyłącznie na 3 graczy, po czym dorobiono tryb na 4), lekko przekombinowana struktura rundy, ale nic to. Podczas rozgrywki bawiłem się wyśmienicie i faktycznie czułem, że mechanika wiernie oddaje realia nowożytnej Polski. Co ciekawe, oparci na Bożym Igrzysku i wydani kilka lat później Magnaci faktycznie w ogólnym zarysie nieco przypominają pierwowzór! W obu gracz główny twist polega na rozdzieleniu ograniczonych zasobów na różne prowincje i akcje, co sprawia, że nie da się zdobyć wszystkiego i bronić każdej granicy. Mnóstwo gry nad stołem, zdrady i wpuszczania przeciwników w maliny – na pewno Boże Igrzysko jeszcze będzie grane. W obu wersjach!

Boże Igrzysko

Carnegie – jeszcze jedno euro, tym razem zupełnie nowe, ale również plasujące się wysoko w rankingu BGG (obecnie 176 pozycja i ze średnią oceną powyżej 8). W Carnegie zagrałem spontanicznie i niewiele o niej wiedząc, ale byłem naprawdę miło zaskoczony! Jest to gra ekonomiczna z dość ciekawymi mechanizmami, które nie przypominają mi w zasadzie niczego, co widziałem wcześniej… no, może ODROBINĘ (tylko w aspekcie rozbudowy „sieci”!) Wysokie Napięcie. Było poza radarem, obecnie bardzo chętnie powtórzę rozgrywkę i kto wie, być może nawet kiedyś sobie kupię. Jak już przestaną mnie straszyć inne tytuły z półki wstydu…

Carnegie

Death Roads: All Stars – ooo, jakie to dobre, istny Carmageddon na planszy! Podobnie jak 95% kampanii z Kickstartera gra nie przyciągnęła dotychczas mojej uwagi, ale miałem okazję zagrać na Designer Campie w przedprodukcyjny egzemplarz i bawiłem się ŚWIETNIE. Bardzo dobrze oddana dynamika wyścigu, w którym jednak alternatywną drogą do wygranej jest zniszczenie przeciwników. Niestety nie udało mi się ogarnąć late pledge’a, ale mam nadzieję, że kiedyś dorwę swój egzemplarz – nawet jakbym miał grać raz na rok. Unikalna i niezwykle klimatyczna gierka, chapeau bas dla twórców!

Death Roads: All Stars

Durian – najlepszy z poznanych w tym roku Oinków (gier od japońskiego wydawnictwa Oink Games). Zasadniczo jest to Blef aka Liar’s Dice z twistem – widzimy bowiem wszystkie karty oprócz swojej i musimy za każdym razem zdecydować, czy podbijamy stawkę, czy sprawdzamy poprzednika. Co ciekawe, miałem pomysł na bardzo podobna grę – i nawet przygotowałem absolutnie podstawowy prototyp – ale wydaje mi się, że obecnie nie chcę do niego wracać; Durian po prostu robi to bardzo dobrze. Żałuję, że zagrałem dopiero po Essen i nie kupiłem tam swojego egzemplarza!

Durian

Elizjum – gra mająca już swoje lata. W Polsce nie przyjęła się za dobrze – pamiętam, że dość długo wisiała na Rebelowych wyprzedażach; ba, sam ją miałem i sprzedałem, nie zagrawszy. Mitologiczny temat jest tu wybitnie pretekstowy, natomiast schował się pod nim naprawdę sprytny tableau builder z potencjalnie ogromną regrywalnością. Gra z gatunku „wszystko to gdzieś było”, a jednocześnie oryginalna i elegancka. Nie trzeba zagrać, ale warto – i ja też chętnie to kiedyś powtórzę.

Pax Pamir – pierwszy (i na razie jedyny) Pax, w jaki grałem, wydany w Polsce przez Galaktę. Trudna gra, mocno osadzona w historycznych realiach i zawierająca całą masę interakcji, zdecydowanie dla koneserów. Przez to – podobnie, a nawet bardziej niż w przypadku Barrage – nie bardzo mam z kim grać, a w Pax Pamir najlepiej wchodzić na poważnie albo wcale. Tym niemniej gra posiada ogromne możliwości i sam chętnie kiedyś do niej wrócę. Z listy zakupów niestety spadła… na razie.

Pax Pamir

The Thing – z jednej strony The Thing posiada sporo mikrozasad, potwornie nieintuicyjną instrukcją i generalnie potrzebuje poprawionej reedycji. Odchodząc jednak od tematu wydania, jest to bardzo emocjonująca i kipiąca klimatem planszówka z ukrytymi tożsamościami. Fakt, że Obcy potrafi się rozprzestrzeniać i infekować innych graczy sprawia, że nie można nikomu ufać, nawet jeżeli do tej pory nie był w najmniejszym stopniu podejrzany. Paranoiczna atmosfera działa świetnie i bardzo chciałbym jeszcze kiedyś w to zagrać – ale najlepiej w towarzystwie kogoś, kto będzie znał perfekcyjnie wszystkie zasady i miał w głowie FAQ.

The Thing

Podsumowanie i plany na 2023

Na listę nie załapało się naprawdę mnóstwo tytułów, również bardzo znanych (np. Pięć Klanów, On Mars, T.I.M.E. Stories czy (w końcu!) Neuroshima Hex). W pracy oraz na różnych planszówkowych eventach (np. Designer Campie) grałem też w całą masę lepszych i gorszych prototypów, z których część chętnie sprawdzę po wydaniu. Z jednej strony niezmienni mam poczucie, że chciałbym grać więcej, z drugiej nie mogę też narzekać – jak widać po liście, trochę czasu nad plansza spędziłem, a co więcej – miałem okazję poznawać bardzo rózne gatunki.

A co dalej? Styczeń zaczął się dosyć spokojnie i mam poważne obawy, że w tym roku z uwagi na różne osobiste sprawy mogę nie wyrównać wyników z lat ostatnich. Tym niemniej nadal planuje dużo grać i poznawać, a od czasu do czasu również coś wrzucić na bloga. Trochę nie mam na to czasu, trochę głowy – czasem wrzucam bieżące relacje z rozgrywek na social media, ale to nie to samo. Mam jednak nadzieję, że w końcu się zmobilizuję i o niektórych z grach wspomnianych wcześniej napiszę nieco więcej. A tymczasem – uff, udało się coś opublikować po kilku miesiącach 😉