Essen 2025: kilka miesięcy później
Właśnie mijają 4 miesiące od SPIEL Essen 2025. Były to moje piąte targi i jak zwykle wróciłem z naręczem nowości… choć znacznie mniejszym, niż w ubiegłych latach. Mimo to, od października udało mi się już poznać całkiem sporo mniej lub bardziej gorących tytułów. Dzisiaj zapraszam na szybki przegląd tego, w co już zdążyłem zagrać.
Przed Essen jak zwykle obiecywałem sobie wiele, a rzeczywistość zweryfikowała te plany. O swoich oczekiwaniach pisałem tutaj i opowiadałem w podcaście Suchowisko, o tutaj. Kilku gier kupić się nie udało z uwagi na szybko wyczerpane zapasy. Inne zabiła dla mnie cena lub pierwsze opinie. Koniec końców kupiłem tylko 7 nowości, z czego 4 zdążyły już opuścić moją kolekcję. Smutna prawda jest bowiem taka, że z mojej perspektywy ostatnie Essen było naprawdę kiepskie – nic nie wzbudziło wielkich zachwytów, sporo gier rozczarowało, a i czuję, że tylko nieliczne przetrwają próbę czasu. Tym niemniej nie jest też tak, że wszystko, w co grałem, nadaje się tylko do piachu. Przejdźmy zatem do rzeczy.
Aha, zdjęć mam niewiele, bo i w wiele z poniższych gier zagrałem tylko raz i nie skupiałem się na dokumentacji. Wszędzie są odnośniki do BGG i tam polecam szukać tego, co Was zainteresuje 😉
A Carnivore Did It!
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: -/10
Zaczynam listę od tytułu, który w moim odczuciu ciężko w ogóle nazwać grą. Stąd brak oceny, bo przyznanie A Carnivore Did It! 1/10 (według BGG: „defies definition of the game”) byłoby niezasłużoną złośliwością. To ładnie opracowany i przebrany za grę planszową zestaw zagadek, w których musimy na czas (przed pozostałymi graczami) wydedukować, które zwierzę popełniło zbrodnię. Na początku otrzymujemy informację, ile z pokazanych stwierdzeń to prawda/fałsz i musimy rozwiązać zadanie, wskazując na jedyną poprawną odpowiedź. A Carnivore Did It! testowałem wyłącznie solo i nie widzę żadnego powodu, by proponować komukolwiek wspólną rozgrywkę. Miałem już podobne odczucia przy Maszynie Turinga, tutaj jeszcze bardziej odnoszę wrażenie, że to po prostu jednoosobowa łamigłówka. Można się pobawić, ale po skończonej „partii” w ogóle nie miałem poczucia, że grałem w planszówkę. To powiedziawszy, zagadek w pudełku jest całkiem sporo i jak ktoś lubi takie rzeczy, to raczej się nie rozczaruje.
Compile
Status: chętnie zagram, być może kupię
BGG, moja aktualna ocena: 7/10
Nieco oszukana premiera, bowiem pierwsza część Compile wyszła już w 2024 roku. Jednym z charakterystycznych wspomnień z ostatnich targów była jednak długa kolejka po Compile: Main 2, w które to właśnie miałem okazję zagrać całkiem niedawno. Jest to dwuosobowa pojedynkowa karcianka, w której kompilujemy fragmenty kodu. Jakkolwiek brzmi to dziwacznie, estetycznie gra przyciąga oko (polecam obejrzeć zdjęcia na BGG – ja niestety nie zrobiłem żadnych), a temat nie przeszkadza. Mechanicznie natomiast jest to przeciąganie liny podobne nieco do Zwierzęcego Frontu z istotnym twistem – otóż do gry wykorzystujemy asymetryczne talie, które draftujemy przed rozgrywką. Ten system jest z jednej strony świeży i gwarantuje dużą regrywalność, ale z drugiej wymaga dobrego poznania kart. Przed pierwszą rozgrywką draft mnie specjalnie nie urzekł, bo i kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Tak czy inaczej to fajny, świeży tytuł, który jest już dostępny na naszym rynku dzięki wydawnictwu Rebel. Nie wiem, czy nabędę swój egzemplarz – klasyczny problem dwuosobówek u mnie w domu – ale chciałbym jeszcze kiedyś zagrać.
Etherstone
Status: mogę zagrać
BGG, moja aktualna ocena: 7/10
I od razu druga karcianka, gdzie talie draftuje się przed właściwą rozgrywką. O ile jednak w Compile nie ma to moim zdaniem aż takiego znaczenia, o tyle Etherstone zdecydowanie wymaga świadomych decyzji już od początku. Po jednej rozgrywce nie mogę z czystym sumieniem zgodzić się z tezą, że tutaj właściwie po drafcie wiadomo już wszystko – ale niewątpliwie ma on kolosalny wpływ na grę. Mając dostępne zaledwie 7 kart staramy się złożyć jak najsprytniejsze combosy i odpowiednio korzystać z wspólnych zasobów (kostek), tak aby zdobyć najwięcej punktów w ostatecznym rozrachunku. Temat jest fantastyczno-generyczny, ale styl graficzny kart całkiem mi się spodobał. Etherstone jest często porównywany do Res Arcana i w sumie po obu grach mam podobne odczucia. Ciekawe, wymaga pokminienia, da się całkiem szybko zagrać, ale jednocześnie brakuje mi większych emocji. Rozgrywki nie odmówię, na półce mieć nie muszę.
Fossilium
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: 5,5/10
Pierwszy spory zawód – Fossilium miałem dość wysoko na wishliście i tym bardziej żałuję, że potencjał tej gry został zmarnowany. Jest to worker placement o prowadzeniu muzeum paleontologicznego z kilkoma ciekawymi mechanizmami i niemałą jak na euro interakcją. Po rozstawieniu naszych meepelków dobieramy żetony wykopalisk z kilku woreczków, natomiast ich rodzaj i liczba zależą od tego, gdzie rozstawili się wszyscy gracze. Są tu elementy układanki przestrzennej, budowania silniczka, realizowania kontraktów, a przy tym ogólne zasady wcale nie są – a precyzując, nie powinny być – przesadnie skomplikowane. Niestety moim zdaniem grze zabrakło developmentu, zarówno na poziomie wyszlifowania instrukcji i mechaniki, jak i przede wszystkim graficznym. Rzadko brzydota gry mi przeszkadza się nią cieszyć, ale problemy z UI to już inna kategoria. A niestety w Fossilium wszystko jest brązowo-beżowo-szare, mało czytelne, mało przejrzyste i ogólnie niezachęcające. Wydaje mi się, że był tu potencjał na jedno z ciekawszych euro ostatnich lat (bo i tematycznie sporo rzeczy się spina, i dostrzegam tu ciekawy design), ale rozgrywka mnie sfrustrowała i nie mam wielkiej ochoty jej powtarzać. Gdyby jednak gra doczekała się reedycji (w co wątpię), będę obserwował rozwoj sytuacji.
Incubo
Status: sprzedałem i nigdy więcej
BGG, moja aktualna ocena: 2/10
Gra, którą miałem na szczycie wishlisty i jednocześnie arcykasztan w każdym aspekcie poza graficznym. Jest to prosty kooperacyjny deckbuilder o walce z koszmarami sennymi, który obiecywał jedną ciekawą mechanikę – wzajemne przekazywanie sobie kart do talii. Niestety w praktyce w tej grze nie udało się nic. Instrukcja jest bardzo długa, ale za to kompletnie niezrozumiała. Decyzje, jakie podejmujemy – oczywiste. Tempo rozgrywki – nijakie, nie da się wyczuć rozwoju talii, a sama gra jest co najmniej dwa razy za długa. Przekazywanie kart niby działa, ale są tak nieinteresujące, że nie sprawia to żadnej satysfakcji. Do tego tona losowości. Gra „działa”, więc nie mogę jej przyznać 1 w skali BGG, ale to było jedno z najsmutniejszych doświadczeń planszówkowych w moim życiu. Tym większy zawód, że oczekiwania były niemałe. Omijać!
Kingdom Crossing
Status: chętnie zagram, być może kupię
BGG, moja aktualna ocena: 7,5/10
Tym razem dla odmiany całkiem solidna gierka i dla wielu osób (również dla mnie) pozytywne zaskoczenie targów. Tematu szczerze nie pamiętam, są tam zwierzątka i… tyle, natomiast mechanicznie była to całkiem solidna łamigłówka, oparta o problem 7 mostów. Nie będę wchodził w matematyczne szczegóły zagadnienia, natomiast na poziomie planszówki jest to ciekawa wariacja na temat wyboru akcji i planowania ruchów. Poza mechanizmem mostów nie ma tu co prawda niczego, czego byśmy już w planszówkach nie doświadczyli, ale na bezrybiu i rak ryba. Kingdom Crossing to bardzo solidna eurogra, nieco przy tym cięższa, niż można by sądzić po szacie graficznej (ale też bez przesady). Myślę, że prędzej czy później doczekamy się polskiej wersji.
Limit
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: 6,5/10
Całkiem ciekawy koncept – nazwałbym go „symulatorem państwa w kryzysie”. Każdy z graczy zarządza politycznym bytem, starając się przeprowadzić go przez kilka epok i zapobiegać głodom, wojnom i innym katastrofom. Każda podjęta przez nas akcja wywołuje przy tym reakcję społeczeństwa, a do tego wpływa na sytuację geopolityczną, odzwierciedlaną przez wspólny dla wszystkich graczy rynek. Masa świetnych konceptów, które niestety nie dowiozły tego, czego oczekiwałem najbardziej – dużej interakcji między graczami. Wspólne zasoby i możliwość wpływania na światowe ceny zasobów co prawda tu są i działają, ale główny nacisk położony jest zdecydowanie na radzenie sobie z problemami jakie stawia przed nami system, a nie inni. W efekcie zamiast pełnej intryg i sojuszy nawalanki dostajemy excelowy symulator, który paradoksalnie najlepiej sprawdziłby się chyba solo. I właśnie solo, szczerze mówiąc, mógłbym jeszcze spróbować zagrać. Nie chciałbym tej gry nikomu tłumaczyć, nie przynosi ona jakiejś gigantycznej frajdy, ale jest przy tym dość ciekawą i trudną zagadką, na którą nie ma oczywistych odpowiedzi.

Movie Fight
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: 6/10
Movie Fight to prosta karcianka o prowadzeniu własnego kina (modny i poracający temat, jak zobaczycie w dalszej części artykułu). Jej mechanicznym wyróżnikiem są karty, które można użyć na kilka sposobów – jako widzów i jako filmy wyświetlane w naszym kinie. Znaczenie ma też, w którym miejscu (na którym piętrze kina) rozmieszczamy nasze karty. Zagrałem tylko solo, ale mam mocne przeczucie, że z uwagi na pasjansowatość Movie Fight wygląda identycznie przy każdej liczbie graczy. Była to jedna z pierwszych gier, jakie przetestowałem po powrocie z targów i nie pamiętam z niej już prawie nic – działała, nie frustrowała, stawiała przede mną jakieś wyzwanie, ale koniec końców nie budziła większych emocji. Poleciała na MatHandlu bez specjalnego żalu.

Origin Story
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: 5,5/10
Chciałem tu napisać, ze Origin Story to kolejny przykład zmarnowanego potencjału, ale po przemyśleniu mam poczucie, że po prostu to się nie mogło udać. Najnowsza gra od Stonemaiera to trick-taking (i to dosyć klasyczny w swoich podstawach) z dołożonym aspektem budowanej asymetrii i specjalnych mocy graczy. Sam pomysł jest super – rozgrywamy kilka rozdań, przed każdym dopisując kolejny „rozdział” do historii naszego superbohatera, co odblokowuje nowe opcje. Wizualnie wygląda to ekstra, bo wypełniamy kartami komiksy – co więcej, wszystko jest świetnie zilustrowane (standard u tego wydawcy). Problem w tym, że jako całość jest to średnio strawne. Z jednej strony trick-taking ma sens wtedy, gdy da się w nim cos policzyć, zaplanować i/lub oszacować. Asymetryczne zdolności, które trzeba śledzić u wszystkich rywali (a robi się tego sporo) bardzo komplikują i wydłużają grę, nie czyniąc jej przy tym wcale głębszą czy ciekawszą. Im dłużej graliśmy, tym było gorzej, bo na znaczeniu traci dobre rozgrywanie lew, a zyskuje odpalanie swoich umiejętności. Origin Story i tak podobało mi się bardziej, niż większości osób, z którymi grałem/rozmawiałem o tym tytule, ale jednak nie chwyciło za serce. Kolejny dowód na to, że nie każdy eksperyment z trick-takingiem musi być udany.
Penguin Kaboom
Status: mogę zagrać
BGG, moja aktualna ocena: 7/10
Szalona kooperacyjna gierka, duchowy spadkobierca Penguin Airlines, aczkolwiek w praktyce niemal klon dość starego już FUSE. Niemal, bo zastosowanie apki pozwoliło tu na kilka innowacji, przede wszystkim wyznaczanie losowej kolejności graczy – i to działa akurat świetnie. Poza tym jest to standardowa kościanka real-time, która nie wnosi do gatunku nic ponad to, czego doświadczyliśmy już choćby we wspomnianym FUSE czy Ucieczce ze Świątyni Zagłady. Grałem kilka razy w różnych składach i we 2 grę oceniłbym nieco niżej, natomiast w 5 osób było naprawdę spoko. Problem w tym, że już mam kilka takich gier, a Penguin Kaboom nie wygryzie ich z kolekcji.
Pick 'n Packers
Status: mogę zagrać
BGG, moja aktualna ocena: 5,5/10
Dość niska ocena jak na grę, w którą „mogę zagrać”, ale już spieszę z wyjaśnieniem. Pick 'n Packers to zręcznościowa gierka od wydawnictwa Oink Games, w której parami (!) transportujemy drobne przedmioty z karty na kartę. Każdy z graczy używa w tym celu jednego palca, a pozostali obstawiają, jak dobrze nam pójdzie. Pomysł zabawny, a gra szybciutka, więc nie jest to coś, przed czym będę się zapierał rekami i nogami. Wolę jednak wiele innych zręcznościówek, choćby DroPolter od tego samego wydawcy i nie widzę sytuacji, w której sam zaproponowałbym Pick 'n Packers. Cieszę się, że w tym roku wstrzymałem się z zakupami u Oinków, bo moim zdaniem mieli bardzo średni lineup nowości… ale do tego jeszcze wrócimy.
Pinched!
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: 4/10
Potężnie przeprodukowana, a banalna w swej istocie gra blefu i zgadywania, trochę przypominająca Obecność. W każdej rundzie jeden z graczy wciela się w rolę głównego włamywacza i wybiera cel napadu, a pozostali są wspólnikami i w tajemnicy próbują wybrać tę samą lokalizację. Krótko mówiąc, jeśli to my jesteśmy aktywnym graczem, chcemy żeby nikt nie zgadł gdzie pójdziemy, a jeśli gramy jako wspólnik, to wręcz przeciwnie. Gra teoretycznie zachęca do dyskusji i blefowania, ale są one bardzo wymuszone i nieciekawe. Oczywiście taka zabawa w kotka i myszkę zawsze może budzić jakieś emocje, ale Pinched! naprawdę nie oferuje wiele więcej. Ot, luźna, niewymagająca gierka do pyknięcia w knajpie, tylko przy tym droga i przeładowana komponentami. Na wyraźną prośbę dałem się namówić na drugą rozgrywkę i niewiele zmieniła w moich odczuciach, dalej jest to głupawe i losowe, nawet jeśli momentami zabawne. Poniżej średniej.
Pondscape
Status: mogę zagrać
BGG, moja aktualna ocena: 6,5/10
Bardzo podobna sytuacja co z Movie Fight (notabene obie gry zostały wydane przez Pink Trubadour). Lekka puzzelkowata karcianka bez specjalnej interakcji, działająca poprawnie, ale niewyróżniająca się niczym szczególnym. No, dobra, przy Pondscape bawiłem się ciut lepiej, ale szczerze ciężko mi wskazać, dlaczego – być może po prostu wymaga nieco innego kombinowania i przez to bardziej mi przypasowała. Jest ok, ale jak już nigdy nie zagram, to absolutnie nic się nie stanie. Tomáša Holka stać na więcej.

Popcorn
Status: mam i czasem chętnie zagram
BGG, moja aktualna ocena: 7/10
Jedna z zaledwie dwóch gier, które kupiłem na targach i wciąż trzymam na półce. Popcorn co prawda nie wyróżnia się niczym szczególnym poza tematem i daleko mu do mojej osobistej topki, ale to całkiem porządna gierka. Przyjazny temat i wykonanie (kubełki na punkty!), bardzo lubiana przeze mnie mechanika (bag-building), dynamiczna rozgrywka bez przestojów i szczypta negatywnej interakcji (podbieramy sobie klientów ze swoich kin). Bardzo lekkie euro, które da się szybko wytłumaczyć i szybko zagrać nie bez przyjemności. Daję okejkę i uczciwe 7/10.

Postcards
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: 6/10
Przepiękna, aczkolwiek dość monotonna gra o zwiedzaniu Francji. Prosty z set collection z niewykorzystanym potencjałem na area control (co prawda tematycznie średnio pasuje, ale wszyscy grający byli wręcz zdziwieni, że ten aspekt został całkowicie pominięty przy takiej mechanice). Grałem już dość dawno i nie miałem większych zarzutów, ale też nie zapamiętałem z gry nic szczególnie ciekawego oprócz tytułowych pocztówek. Te jednak były ładne i… tyle. Średniaczek.
Recall
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: 5/10
Prawdopodobnie jedna z bardziej kontrowersyjnych opinii w tym artykule, bowiem na BGG Recall ma średnią ocen powyżej 8.1/10. Ja jednak wręcz nie dokończyłem partii, bo po połowie mieliśmy już w zasadzie dosyć. Dla mnie to jest współczesne euro w najgorszym tego słowa znaczeniu. Niewielka interakcja (praktycznie brak), mnóstwo sposobów na zapunktowanie, dużo zasad, a mało emocji. Kluczowa mechanika łączenia kluczy jest mało satysfakcjonująca. Nie jestem szczególnym fanem Revive, ale mimo wszystko podobało mi się bardziej. Recall oferuje teoretycznie 14 różnych frakcji i rozwijającą się w czasie gry asymetrię, ale dla mnie to tylko kilkanaście różnych opcji na mielenie kosteczek w PZ. Choć podstawowe zasady są niby proste, nie da się gry wytłumaczyć w 5 minut, bo liczba ikonek i komponentów przytłacza. Mam na półce i tak o wiele za dużo eurogier, żeby kupować jeszcze jedną, niewyróżniającą się ani tematem, ani wyglądem, ani zjawiskową mechaniką. Choć to może być karkołomne porównanie, całkiem niedawno zagrałem po raz pierwszy w Terrę Mysticę i zdecydowanie wolałbym eksplorować ten tytuł. Też mamy mapę, na którą wystawiamy nasze pionki, też mamy asymetrię i różne drogi do zwycięstwa, równie nieistotny temat, a gra jest dużo dynamiczniejsza i ciekawsza, niż Recall.
Red Carpet
Status: mogę zagrać
BGG, moja aktualna ocena: 7/10
Red Carpet to gra-eksperyment, drugie (i to bardziej udane) podejście do planszówki wykorzystującej robienie zdjęć smartfonem jako element mechaniki. Obserwujemy gwiazdy paradujące po tytułowym czerwonym dywanie (plansza jest wyściełana!) i staramy się tak zagrywać karty, by najlepiej ustawić naszego paparazzi do zdjęcia. Działa to wszystko szybko i zaskakująco sprawnie, dużo lepiej niż w nieudanym moim zdaniem Picture Perfect. Red Carpet co prawda nie grzeszy regrywalnością i nie widzę sensu trzymania go na półce, ale nada się na planszówkowo-filmowy wieczór, np. w towarzystwie Popcornu i Roll Camera. Całkiem spoko tytuł do zagrania u kolegi, przynajmniej raz, żeby zobaczyć coś unikalnego.

Red North
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: 6/10
Prosta, mocno interaktywna karcianka z walką o większości na kilku frontach i zarządzaniem ręką. Niewiele mogę powiedzieć – wszystko w niej było ok, ale też nic nie wydało się godne zapamiętania. Gra, jakich wiele i raczej ugrzęźnie w czeluściach BGG już na zawsze.
Rezerwat (Sanctuary)
Status: chętnie zagram, być może kupię
BGG, moja aktualna ocena: 7,5/10
Małe oszustwo z mojej strony, bo Rezerwat był już u nas dostępny chyba nawet przed Essen – ale miał też oficjalną premierę (przynajmniej niemiecką) na targach. Jest to kafelkowy spin-off Ark Novy i mimo moich początkowych obaw, całkiem udany. Obawiałem się odcinania kuponów, a dostałem pełnoprawną, interesującą grę kafelkową, która jednocześnie bardzo mocno czerpie z oryginału (przede wszystkim przez świetny system wyboru akcji). Nie jest to ten kaliber ciężkości, co Ark Nova, ale mimo wszystko te dwie gry są zdecydowanie bardziej zbliżone, niż Rezerwat i np. Kaskadia. Planuję zdobyć swój egzemplarz na MatHandlu albo przy okazji jakiejś promocji – 200 zł SCD jest mocno zawyżone, ~140 zł za które można realnie grę dostać już bliższe rzeczywistości, za ~100 zł brałbym bez wahania. Spoko opcja dla osób, którym podoba się temat i/lub mechanizmy Ark Novy, ale chciałyby bardziej skondensowaną rozgrywkę.

Rising Cultures
Status: mogę zagrać
BGG, moja aktualna ocena: 6/10
Graficznie i mechanicznie planszówka z innej epoki, co najmniej sprzed dekady, a być może i dwóch. Surowa estetycznie asymetryczna dwuosobówka, w której prowadzimy jedną z czterech cywilizacji… i, oczywiście, ciułamy punkciki. Dostrzegam podobieństwa do 7 Cudów Świata, Osadników: Narodzin Imperium, ale i karcianek Carla Chudyka. Całościowo dostajemy solidną grę, nieprzeładowaną zasadami i w miarę szybką, niestety niewyróżniającą się niemal niczym. Kolejny średniak, w którego można zagrać bez bólu, ale absolutnie nie trzeba.
Severton
Status: mam i czasem chętnie zagram
BGG, moja aktualna ocena: 7,5/10
Po pierwszych kilku rozgrywkach byłem dość zdecydowany przyznać Severton tytuł mojej osobistej gry targów – ha, nietrudna to sztuka w tym roku, ale jednak. Wówczas postanowiłem jednak zagrać weń w innym składzie, niż z żoną. Weryfikacja była brutalna – na 5 osób (a to moim zdaniem docelowy i optymalny skład) nie podobało się nikomu poza mną, usłyszałem wręcz, że to najgorsza gra, w jaką niektórzy grali od dawna. Obecnie myślę, że mój początkowy entuzjazm był nieco przesadzony, ale i brutalne opinie nie w pełnie uzasadnione. Severton to pierwsza od bardzo dawna gra Vlaady Chvátila, „pandemiopodobna” kooperacja oparta o czeską literaturę młodzieżową, konkretnie książki Jaroslava Foglara. Literackiego pierwowzoru nie znam, ale ewidentnie jest skierowany do nieco młodszego odbiorcy; w grze wcielamy się w nastolatków, którzy penetrują Pragę lat 30′ XX wieku, unikając patroli groźnych Vontów. Mechanicznie jest to skradanka, w której planujemy ruchy i wykonujemy misje, starając się omijać (albo celowo wchodzić w konfrontację – o ile jesteśmy przygotowani!) pionki owych Vontów. Przypomina to trochę Horrified, a trochę kooperacyjną wersję Scotland Yard, gdzie zgrabnie zaprojektowana automa steruje ruchami strony „łapiącej”. Gra zawiera 5 scenariuszy (część z nich to zwyczajny, regrywalny tryb) i na razie zatrzymałem się na czwartym. Mi się wciąż podoba, mojej żonie też, ale wiem też, że mało atrakcyjny temat i fakt, że to kooperacja bez ukrytych informacji, może zniechęcić sporo osób. Z jednej strony zatem ostrzegam, ale i zachęcam do zagrania – mimo wszystko bawię się przy Severtonie całkiem nieźle. No, ale jestem trochę planszówkowym hipsterem.

Slime Monster
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: 5/10
Dziwaczna i wykręcająca mózg gra o… działaniach matematycznych. Serio. Staramy się zgrać wszystkie karty z ręki, jednak możemy to robić tylko poprzez mnożenie, dodawanie, dzielenie itd. kart, które już wyłożyliśmy na środek stołu. Bardzo egzotyczne i trochę dla nikogo – nie wiem, czy to bardziej ma pomagać w nauce matematyki, czy po prostu być dziwaczną rozrywką dla ludzi, których kręci liczenie. Absolutnie niszowy tytuł od koreańskiego wydawnictwa DiceTree Games, który w nieco zagadkowy sposób wpadł w ręce znajomego. Nie sądzę, żebym jeszcze kiedykolwiek na Slime Monster trafił.
Snake Charmers
Status: mogę zagrać
BGG, moja aktualna ocena: 6,5/10
Szybka gra blefu i ukrytych tożsamości od rodziny Brandów. Wymieniamy się i zagrywamy numerowane karty tak, by odkryć wszystkie liczby ze środka stołu. Nie chcemy jednak żadnego numeru zagrać dwa razy, bo wtedy zbliżamy się do porażki. Jednocześnie wśród nas są zdrajcy (węże), a największy twist gry polega na tym, że karty przypisujące nas do tej frakcji również mogą wędrować pomiędzy graczami. Lubię takie gry, ale ta jest nieco bardziej chaotyczna niż np. Amazonki. Gdyby ktoś zaproponował, mogę zagrać, ale obiecywałem sobie po niej ciut więcej.
Take Time
Status: mogę zagrać
BGG, moja aktualna ocena: 7/10
Jeszcze jedno małe oszustwo, bo w polską wersję Take Time sam już grałem przed Essen. Byłem bardzo ciekaw kolejnej wariacji na temat koopa z ograniczoną komunikacją… i po kilku rozgrywkach nie wiem do końca, co o nim myśleć. W grze zagrywamy na zmianę zakryte karty o numerach 1-12 wokół tarczy zegara w taki sposób, żeby kolejne sekcje zawierały coraz wyższe sumy. Nie wszystkie karty zostaną użyte, a rozmawiać możemy tylko do momentu ich rozdania – same układanie musi odbywać się bez komunikacji werbalnej. Mam wrażenie, że prostota Take Time z jednej strony otarła się o geniusz, a z drugiej… sprawia, że gra nie ma sensu. Chciałbym wierzyć, że da się ją w jakiś sposób „rozwiązać” i że wraz z kolejnymi rozgrywkami – i rosnącym poziomem trudności – współpraca z innymi się poprawia i wytwarza się swoista metagra. Po rozwiązaniu chyba ~5 kolejnych zadań mam jednak obawę, że za dużo w tym zwykłego przypadku, a za mało planowania. W porównaniu do np. Bomb Busters za mało czuję kontroli nad grą… ale chciałbym wierzyć, że po prostu nie weszliśmy na ten poziom. Take Time jest też wspaniale wydane (te złocone karty!), ale swój egzemplarz wymieniłem, bo żona odmówiła kolejnych rozgrywek. Ja bym natomiast jeszcze kiedyś spróbował.
Tenby
Status: chętnie zagram, być może kupię
BGG, moja aktualna ocena: 7,5/10
Tenby to passion project Benjiego Talbota – pomysłodawcy, autora i ilustratora gry. Budujemy w niej tytułowe walijskie miasteczko: budynki, nabrzeża i atrakcje turystyczne. Jest to bardzo przyjemne, niezbyt ciężkie set collection z dobrze działającą mechaniką wyboru inicjatywy/akcji. Do tego bardzo podoba mi się, jak została wydana – w pudełku znajdziemy nie tylko wariant standardowy oraz familijny, ale też kilkanaście (!) innych trybów czy wręcz kompletnie innych gier, wykorzystujących komponenty Tenby. W tym niewielkim pudełku autor upchnął zatem całkiem sporo, ale co najważniejsze, standardowy wariant rozgrywki jest bardzo w porządku. Grałem już kilka razy, solo i w więcej osób, i nigdy się nie nudziłem. To lekki tytuł, wymagający dobrego wzroku (ikonki, za które punktujemy, bywają bardzo małe), łatwy do wytłumaczenia i dość satysfakcjonujący. Gdyby pojawił się u nas w przyzwoitej cenie, rozważyłbym zakup.

Trinket Trove (Mysie Skarby)
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: 7,5/10*
Lekka i przyjemna karcianka licytacyjna. Lubię takie gry, bo nie przekombinowując z zasadami, dają dużo satysfakcji. Zbieramy zestawy różnych przedmiotów, licytując wcześniej zdobytymi kartami z ręki. To, ile zaoferujemy, daje nam pierwszeństwo wyboru, a zbieramy nie tylko świeżo wyłożone karty z talii, ale i to, co zalicytowali przeciwnicy. Naprawdę fajne! Grałem w 4 osoby i wydaje mi się, że im więcej, tym lepiej – według BGG gra działa od 2 do 6 osób, natomiast skłaniałbym się ku opinii, że 4-6 to sweet spot.
*polską edycję zapowiedział nasz rodzimy oddział LDG.
Tropichaos
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: 4,5/10
Drugi ubiegłoroczny Oink, tym razem push-your-luck. W swojej turze dobieramy lub sprzedajemy płytki z owocami, najlepiej w odpowiednim momencie gry (cennik się zmienia). Trik polega na tym, że uzbieranie odpowiedniego zestawu nie jest łatwe – kiedy wyciągniemy niewłaściwą płytkę, musimy na nią wymienić to, co już uzbieraliśmy. Mocno przeciętne, w swojej bardzo wąskiej kategorii nie umywa się do Deep Sea Adventure. Jeden ze słabszych Oinków, w jakie miałem okazję zagrać.
Veggie Match
Status: nie mam potrzeby grać ponownie
BGG, moja aktualna ocena: 4/10
Kiepska, pełna podkładania świń karcianka – zagraliśmy, bo podobno na 3 (albo 4?) osoby działało zaskakująco fajnie. Może to kwestia skalowania, ale na 6 było bardzo kiepsko, nic się nie dało zaplanować, a cała gra sprowadzała się do podrzucania sobie zgniłych warzyw. Pass bez zawahania.
Podsumowanie
Pominąłem w wyliczance studyjne gry LDG, które demowałem w Essen (Borealis i Purrramidę). Być może o czymś jeszcze zapomniałem albo przeoczyłem, że było Essenową premierą. Z „ważniejszych” pominięć nie zagrałem dotąd w Covenant, Orloja i Tax the rich!, ale szczerze mówiąc, w ogóle mnie już do nich nie ciągnie. Przez ostatnie dwa miesiące ogrywałem sporo znanych i nieznanych mi wcześniej klasyków i muszę przyznać, że w większości wypadków wypadały dużo lepiej, niż nowości z ostatnich targów. To jest też jeden z powodów, dla których nie grzeją mnie jakoś wybitnie tegoroczne zapowiedzi polskich wydawców. Wydaje mi się, że po prostu za nami dość kiepski rok i przeciętne Essen, jeśli chodzi o nowości. Na szczęście tytułów do grania mi jeszcze długo nie zabraknie – ale i liczę, że 2026 przyniesie jakieś hity.


