Moon Colony: Bloodbath. Jak przetrwać bunt maszyn
Przyzwyczailiśmy się do gier, w których nadrzędnym celem jest tworzenie lub budowa. Czy dotyczy to miasta, cywilizacji, czy też bazy na księżycu – często startujemy od zera i staramy się po prostu rozwinąć swoje tableau lepiej i szybciej niż inni gracze. W Moon Colony: Bloodbath to natomiast dopiero połowa zabawy. Tutaj nie tylko musimy zbudować solidne fundamenty, ale też przetrwać nieuchronnie nadchodzące kłopoty, zwieńczone masowym buntem robotów. Wygra ten, kto przetrwa najdłużej!
Gra oryginalnie wydana została przez Rio Grande Games już niemal dwa lata temu – dokładniej w styczniu 2025 roku. Do mojej kolekcji trafiła niewiele później i jak już kiedyś pisałem, była jednym z pozytywnych zaskoczeń ubiegłego roku (tak, to spoiler). Tydzień temu natomiast doczekaliśmy się premiery polskiej edycji od Rebel.pl, przetłumaczonej jako Kolonia księżycowa: Krwawa jatka. Jest to bardzo dobra wiadomość, ponieważ gra jest mocno zależna językowo, nawet jeżeli teksty na kartach są dość proste, a ikonografia czytelna. W dalszej części tekstu będę natomiast używał oryginalnej nazwy, bo a) taki egzemplarz posiadam i b) jest jednak minimalnie krótsza. Przypuszczam jednak, że polska edycja wygląda identycznie, a do jakości tłumaczenia nie jestem w stanie się odnieść.

Autorem Moon Colony: Bloodbath jest Donald X. Vaccarino, znany przede wszystkim jako autor kultowego Dominiona. I tak jak kilkanaście lat temu, tak i teraz w pewnym sensie mamy do czynienia z deckbuildingiem… ale postawionym na głowie. Talię w Moon Colony: Bloodbath bardziej konstruuje sama gra, a my możemy tylko czasem ją delikatnie zmodyfikować na swoją korzyść. Jak jednak ten pomysł sprawdził się w praktyce i co działa dobrze, a co się nie sprawdziło?
Lądowanie
Moon Colony: Bloodbath to gra w 100% karciana. Tak, mamy w niej sporo żetonów służących za surowce oraz planszetki graczy, ale pełnią one wyłącznie rolę organizacyjną, jak typowe karty pomocy. Sercem gry jest tworząca się w ciągu rozgrywki talia postępu oraz karty projektów, które umieszczać będziemy w naszym osobistym tableau. Jakościowo całość nie powala, a i estetyka jest… specyficzna, żeby ująć to delikatnie. 20 lat temu nie wyróżniłaby się w żaden sposób, a współcześnie można by pewnie powiedzieć, że nieco odstaje od standardów. Dopóki jednak przeciętna jakość nie wpływa na gameplay, nie mam z nią większego problemu. Na plus na pewno mogę natomiast zapisać jasno spisane zasady i nie budzące wątpliwości efekty kart.

W grze wcielamy się w budowniczych tytułowej księżycowej kolonii. Każdy gracz będzie tworzył własną bazę poprzez zagrywanie kart do swojego tableau i starał się wykorzystać synergie pomiędzy nimi. „Blootbath” czy też „Krwawa jatka” to jednak nieprzypadkowy podtytuł. W trakcie rozgrywki będziemy mierzyć się z coraz poważniejszymi katastrofami, aż w końcu nasza mała kolonia ulegnie zniszczeniu w wyniku ataków zbuntowanych, morderczych robotów. Ważne jest tylko to, żeby przetrwać dłużej, niż inni.
Praca, praca
Jednym z kluczowych aspektów rozgrywki w Moon Colony: Bloodbath jest jej symultaniczność. W każdej turze odkrywamy kartę z talii postępu i każdy samodzielnie rozpatruje jej efekt (o ile go dotyczy – ale w większości przypadków tak właśnie będzie). Na początku rozgrywki w talii znajdują się przede wszystkim karty pracy oraz dwa losowe twisty, które pozwalają wszystkim wykonać specjalną akcję. Każda z czterech kart pracy pozwala natomiast na produkcję: żywności, pieniędzy, pudeł, dobranie lub zagranie kart projektów. Są to kluczowe momenty w grze, ponieważ w zasadzie wyłącznie po odkryciu karty pracy możemy wybrać, co zrobimy. Większość dodawanych w toku gry kart w talii postępu rozstrzygana jest natomiast automatycznie. Kluczowym zasobem w Moon Colony: Bloodbath są natomiast ludzie, którzy zamieszkują naszą kolonię. Zaczynamy z trzydziestką dzielnych kolonizatorów, a każdy nowy ukończony projekt (w postaci karty) zwiększa populację. Z drugiej jednak strony, prędzej czy później zacznie się ona zmniejszać.

W grze od samego początku znajdują się bowiem również karty kłopotów. Powodują one dodanie do talii specjalnego wydarzenia, które zazwyczaj zmusza nas do stracenia ludzi. Co gorsza, jeżeli ich zabraknie, musimy stracić jeden z wcześniej ukończonych projektów, żeby „zapłacić” obsługującymi go ludźmi. Gdy nasza populacja spadnie do zera, przegrywamy. A cały dowcip polega na tym, że za każdym razem, gdy talia postępu się kończy, tasujemy ją od nowa – przy czym z coraz większą i większą liczbą negatywnych wydarzeń. I tak jak na początku gry będziemy głównie rozbudowywać nasz silniczek i tworzyć combosy z zagrywanych kart, tak w toku partii cały stworzony ekosystem zacznie się sypać i będziemy musieli podejmować trudne decyzje, który budynek zostanie zniszczony…
Bunt maszyn
Moon Colony: Bloodbath to gra o tyle nietypowa, że na zakończenie rozgrywki posiadamy mniej, niż na jej początku. W trakcie nieprzesadnie długiej partii – zazwyczaj wychodzi ok. 45 minut – przejdziemy zarówno etap budowy kolonii, jak i jej upadku. Jest to bardzo odświeżający i oryginalny pomysł, dzięki któremu gra budzi znacznie większe emocje, niż niejeden konkurencyjny tableau building. Interakcja jest co prawda zerowa – sprowadza się co najwyżej do wprowadzania (dość rzadkiego) własnych wydarzeń do wspólnej talii – ale nieustannie porównujemy sytuację w sąsiednich koloniach, czując presję ze strony rywali. Co więcej, mimo że de facto każdy układa swojego pasjansa, to gra budzi zaskakująco wiele emocji i śmiechu – oczywiście głównie na etapie destrukcji.

Negatywne wydarzenia, takie jak głód, biurokracja (sic!) czy wypadki, wchodzą zawsze w określonej kolejności. Jedną z najistotniejszych kart kłopotów jest natomiast tzw. Glitch, który dodaje do talii losowego zbuntowanego robota. Są one zazwyczaj jeszcze brutalniejsze od pozostałych klęsk, ale też mają dość różny wpływ na grę – czasem potrafi być relatywnie niewielki, a wtedy nasze kolonie mają szanse przetrwać nieco dłużej. Ta losowość jednak w niczym nie przeszkadza. Raz, że gra jest i tak dość szybka i lekka, a dwa, że losowy dociąg przynajmniej w teorii zawsze uderza we wszystkich po równo.
Cóż za piękna katastrofa
Moon Colony: Bloodbath jest proste i genialne w swojej prostocie. To gra, która w dużej mierze toczy się automatycznie i na luzie można ją potraktować jako filler między cięższymi tytułami. Z drugiej strony daje sporo frajdy zarówno na etapie budowania bazy, jak i jej postępującej degrengolady. Doceniam mechaniczny minimalizm, który pozwala na wytłumaczenie całej rozgrywki w dosłownie 5 minut. Przez ostatnie 1,5 roku zagrałem już całkiem sporo partii i chociaż za każdym razem wygląda to dość podobnie, to wciąż od czasu do czasu z przyjemnością wyciągam Moon Colony: Bloodbath na stół.

A czy dostrzegam jakieś wady, oprócz niespecjalnie pięknej szaty graficznej? W sumie, niewiele. Dość negatywnie oceniam tryb solo, co o tyle zaskakujące, że gra jest mimo wszystki wieloosobowym pasjansem. Kiedy jednak nie mamy przy stole żywego rywala, traci sporo, bo siłą Moon Colony: Bloodbath jest (nie)zdrowa konkurencja. Jakkolwiek makabrycznie to nie zabrzmi, najlepiej bawimy się wtedy, gdy sąsiadowi baza psuje się szybciej, niż nam. Z drugiej strony zawsze można zwalić swoje niepowodzenie na zły dociąg kart, nawet jeżeli wszyscy wychodzimy z tej samej pozycji.
Trzeba też mieć na uwadze, że to po prostu szybka i nieprzesadnie głęboka gra. Chociaż polega ona na engine buildingu, to prawda jest taka, że budujemy głównie to, co wpadnie nam w ręce. Jasne, nasze decyzje sa istotne, a filtrowanie kart projektów jest istotnym aspektem rozgrywki, ale w ostatecznym rozrachunku Moon Colony: Blootbath nie oferuje głębokich strategicznych wyborów. Pod tym względem akurat nie przypomina Dominiona, który w przeciwieństwie do wielu innych karcianek oferuje zawsze pełny rynek i pozwala na realizowanie określonej strategii od początku do końca gry.
Przetrwają najsilniejsi
Dzisiejsza recenzja jest dość krótka, bo i gra nie wymaga zaawansowanej analizy. To bardzo przystępna, emocjonująca karcianka, która spodobała się zarówno mnie, jak i znakomitej części współgraczy. Niestety cenowo nie wygląda rewelacyjnie – raczej nie da się jej kupić za mniej, niż ~150 zł – ale moim zdaniem i tak warto. W zalewie generycznych tableau builderów i deckbuildingów jest to powiew przyjemnej świeżości. Nie rewolucja na miarę Dominiona, ale cóż z tego, skoro również bawi?

Zalety:
- szybka, symultaniczna rozgrywka
- oryginalny i dobrze działający pomysł
- proste zasady, czytelne ikony
- satysfakcjonująca!
Wady:
- niespecjalnie piękna
- tryb solo mógłby nie istnieć
- ciut wysoka cena jak na to, co oferuje gra
Końcowa ocena:
Moon Colony: Bloodbath to bardzo dobra karcianka. Moim zdaniem warto w nią zagrać i warto do niej wracać, bo świetnie sprawdza się w mniejszych i większych dawkach. Zachowuje doskonały balans między „wygrywam, bo jestem sprytny” a „przegrywam, bo mam pecha” – a to zawsze dobra oznaka. Cieszę się, że Rebel wydaje polską wersję i zachęcam do sprawdzenia samemu!


